Ci, którzy śledzą moje poczynania na Fb pewnie widzieli, ale to nie zmienia faktu, że inni nie widzieli oraz, że warto o tym projekcie wspomnieć również na blogu. Robiłam toto w samym środku lata, w lipcu i sierpniu.
Miałam sporo różnej wełny, jakichś "odpadów", i końcówek, które się nazbierały przez ten czas kiedy farbuję. Do tego dodałam farbowanki, które się jakoś nie załapały do uprzedzenia ani do sprzedania, a także nowo zafarbowane, głównie świecące włókna nylonowe, jedwabne oraz stelinę. Takie lekkie powiedzmy sprzątanie szafy ;)
Wszystko to razem (w większości bardziej eleganckie włókna takie jak baby alpaka, wielbłąd, jedwab, ale też nieco angory) i jeszcze pewnie coś, czego na zdjęciach nie ma, posłużyło mi do ukręcenia na drum carderze 22 wielokolorowych battów.
Z których to powstało 7 motków. łączna waga to 900 gram a długość 1800 metrów.
W dzianinie kolorki układają się tak (zdjęcia niestety z lampą) :
Dziergam, zobaczymy co wyjdzie :)
środa, 30 listopada 2016
poniedziałek, 28 listopada 2016
Stęskniłam się...
Za blogiem, za jego spokojem, za tym co go różni od fejsbuka. Może tu wrócę... może tu będę znów jakoś bardziej u siebie.
A na ponowne powitanie trochę kolorków. Najnowsza włóczka ręcznie przędziona z ręcznie farbowanej czesanki. Merino superwash, 195 gram/ 815 metrów
Długo mnie nie było, ale człowiek czasem wiele musi zrozumieć :)
A na ponowne powitanie trochę kolorków. Najnowsza włóczka ręcznie przędziona z ręcznie farbowanej czesanki. Merino superwash, 195 gram/ 815 metrów
Długo mnie nie było, ale człowiek czasem wiele musi zrozumieć :)
piątek, 15 stycznia 2016
Wolnowar - fotorelacja, pierwsze wrażenia i przepis na kociołek
Do zakupu wolnowaru dojrzewałam czas jakiś. Dowiedziałam się o tym garnku kilka miesiecy temu, od fejsbukowych koleżanek, które pitrasiły w nim głównie zupy - przynajmniej tyle widziałam. Stąd wysnułam wnioski, że to urządzenie głównie do gotowania zup. Temat odłożyłam ad acta na kilka miesięcy.
Niedawno pomyślałam, że może to byłby sprzęt w sam raz dla mojego Chłopa, który gotować ani nie umie, ani nie lubi, ani nie ma na to czasu, a że mu przypadło życie słomianego wdowca i coś jeść musi...to je najczęściej gotowe dania albo pichci kurczaka i rosół - tego się nauczył ale jakoś nie widać, by chciał się specjalnie rozwijać w tej dziedzinie. Pomyślałam sobie, że może garnek, który gotuje sam, byłby odpowiedni dla niego. I Chłopu pomysł się również spodobał.
Postanowiłam zasięgnąć języka i dowiedziałam się, że w wolnowarze można warzyć nie tylko zupy, ale wszelkiego rodzaju dania wymagające gotowania i duszenia - gulasze, potrawy jednogarnkowe, gołąbki, kociołki, golonki a nawet niektóre ciasta. I to mi się bardzo spodobało, nie tylko jako coś dla Chłopa, ale i dla mnie.
Wolnowar (Slow cooker) to najprościej mówiąc przeciwieństwo szyblkowaru. Jest to elektryczny garnek służący do powolnego, spokojnego gotowania potraw w temperaturze 80-90 stopni C przez wiele godzin - w zależności od potrawy i ustawień wolnowaru - nawet do 12-14 godzin. Garnek jest praktycznie bezobsługowy, nic się w nim nie przypala (na dnie dania powinno być ciut płynu), nie kipi, nie trzeba zbierać szumowin z zup. Można go nastawić i wyjść z domu albo iść spać, a rano mieć gotowe danie. Potrawy są soczyste i aromatyczne, warzywa smakują podobnie do tych z parowaru a mięsa są wyśmienite, miękkie i aromatyczne. Jest to świetne rozwiązanie dla amatorów mięs, które wymagają długiego duszenia i pilnowania np. wołowiny, królika.
I zakupiłam łonego :)
Jest to jeden z tańszych wolnowarów, ale polecany i cieszący się dobrą opinią. Jak na moje potrzeby wystarczy. Sterowany manualnie (są też elektroniczne, mają więcej funkcji), o pojemności 3,5 litra.
Na pierwszy strzał poszedł kociołek z dwoma rodzajami mięsiwa, warzywami i soczewicą. Wcześniej przeglądałam sporo przepisów na dania przygotowywane w wolnowarze i tak jakoś nabrałam smaka na taki kociołek właśnie.
Do mojego kociołka użyłam:
Po 30 dkg mięsa wieprzowego (karkówka) i wołowiny (zrazówka - może być inna, przerośnięta, ale taką akurat dostałam)
3 marchewki
3 ziemniaki,
1 większy burak
1 pietruszka - korzeń
kawałek pora pokrojony w plasterki
1 czerwona cebula - w piórka
po pół czerwonej i żółtej papryki
ok 100-150 gram czerwonej soczewicy (nie trzeba jej wstępnie namaczać)
pół niedużej cukinii
2-3 ząbki czosnku (plus ząbek do marynowania mięsa)
pęczek naci pietruszki
Łyżka mąki i ciut słodkiej śmietany do zaklepania sosu
Przyprawy:
Do marynowania mięsa: sól pieprz, papryka ostra i słodka - wędzone, marynata korzenna Kamis (lubię gulasze o korzennym aromacie), łyżeczka ostrej musztardy, ziele angielskie, kulki jałowca, liść laurowy, rozgnieciony ząbek czosnku, majeranek - dużo, oliwa.
Do przesypywania warstw w garnku: sól, pieprz, vegeta, tymianek, majeranek, listki laurowe, ziele angielskie, papryka ostra i słodka- obie wędzone.
Wykonanie:
Poprzedniego dnia wieczorem zamarynowałam mięso, pokrojone jak na gulasz, i zostawiłam na noc w lodówce. Rano podsmażyłam je dość mocno na odrobinie oleju rzepakowego i przełożyłam do wolnowaru (który nagrzewał się "na pusto" przez jakieś 20 minut - tak stało w instrukcji), na patelnię wlałam ok pół szklanki wody i po chwili przelałam ją do wolnowaru - woda zabrała cały "smak" z patelni.
Następnie układałam warstwami obrane i pokrojone na dość grube kawałki warzywa, przesypując co którąś warstwę soczewicą i przyprawami. Na spodzie umieściłam te warzywa, które się dłużej gotują - marchewka, buraczek, pietruszka, ziemniaki, a na wierzchu - cukinia, papryka, por, cebula, czosnek w plasterkach.
Przykryłam i przełączyłam wolnowar na wyższą temperaturę (na "2") .
Po 3 godzinach przemieszałam zawartość, potrawa zaczynała mięknąć i pachnieć - wyglądała tak
Posypałam jeszcze pietruszką, zaklepałam powstały sos i zostawiłam jeszcze na godzinę.
Po godzinie mięsko wołowe praktycznie się rozleciało z miękkości, karkówka również rozpływa się w ustach, warzywa natomiast są bardziej jędrne i się nie rozpadają, podobne w konsystencji do warzyw z parowaru, w smaku też, mają tę specyficzną słodycz. Cała potrawa jest niesamowicie aromatyczna. Robiłam podobną potrawę w woreczku do pieczenia, w piekarniku i nie była aż tak aromatyczna. Tu smaki jednocześnie się mieszają, ale każdy jest dobrze wyczuwalny z osobna.
Wrażenia z samego gotowania... Już nie mam obaw przed włączeniem wolnowaru na noc, to gotowanie jest bardzo proste i bezpieczne, garnek jest owszem, gorący z wierzchu, ale nie tak by się od razu poparzyć. Potrawa delikatnie w nim pyrka i wcale nie ma się wrażenia, że coś nam się w kuchni gotuje i na coś trzeba uważać. Nic nie kipi, nie przypala się, taki cichy, skromny mistrz z niego ;)
Po tym debiucie wiem już, że się zaprzyjaźnimy z panem wolnowarem.
Niedawno pomyślałam, że może to byłby sprzęt w sam raz dla mojego Chłopa, który gotować ani nie umie, ani nie lubi, ani nie ma na to czasu, a że mu przypadło życie słomianego wdowca i coś jeść musi...to je najczęściej gotowe dania albo pichci kurczaka i rosół - tego się nauczył ale jakoś nie widać, by chciał się specjalnie rozwijać w tej dziedzinie. Pomyślałam sobie, że może garnek, który gotuje sam, byłby odpowiedni dla niego. I Chłopu pomysł się również spodobał.
Postanowiłam zasięgnąć języka i dowiedziałam się, że w wolnowarze można warzyć nie tylko zupy, ale wszelkiego rodzaju dania wymagające gotowania i duszenia - gulasze, potrawy jednogarnkowe, gołąbki, kociołki, golonki a nawet niektóre ciasta. I to mi się bardzo spodobało, nie tylko jako coś dla Chłopa, ale i dla mnie.
Wolnowar (Slow cooker) to najprościej mówiąc przeciwieństwo szyblkowaru. Jest to elektryczny garnek służący do powolnego, spokojnego gotowania potraw w temperaturze 80-90 stopni C przez wiele godzin - w zależności od potrawy i ustawień wolnowaru - nawet do 12-14 godzin. Garnek jest praktycznie bezobsługowy, nic się w nim nie przypala (na dnie dania powinno być ciut płynu), nie kipi, nie trzeba zbierać szumowin z zup. Można go nastawić i wyjść z domu albo iść spać, a rano mieć gotowe danie. Potrawy są soczyste i aromatyczne, warzywa smakują podobnie do tych z parowaru a mięsa są wyśmienite, miękkie i aromatyczne. Jest to świetne rozwiązanie dla amatorów mięs, które wymagają długiego duszenia i pilnowania np. wołowiny, królika.
I zakupiłam łonego :)
Jest to jeden z tańszych wolnowarów, ale polecany i cieszący się dobrą opinią. Jak na moje potrzeby wystarczy. Sterowany manualnie (są też elektroniczne, mają więcej funkcji), o pojemności 3,5 litra.
Na pierwszy strzał poszedł kociołek z dwoma rodzajami mięsiwa, warzywami i soczewicą. Wcześniej przeglądałam sporo przepisów na dania przygotowywane w wolnowarze i tak jakoś nabrałam smaka na taki kociołek właśnie.
Do mojego kociołka użyłam:
Po 30 dkg mięsa wieprzowego (karkówka) i wołowiny (zrazówka - może być inna, przerośnięta, ale taką akurat dostałam)
3 marchewki
3 ziemniaki,
1 większy burak
1 pietruszka - korzeń
kawałek pora pokrojony w plasterki
1 czerwona cebula - w piórka
po pół czerwonej i żółtej papryki
ok 100-150 gram czerwonej soczewicy (nie trzeba jej wstępnie namaczać)
pół niedużej cukinii
2-3 ząbki czosnku (plus ząbek do marynowania mięsa)
pęczek naci pietruszki
Łyżka mąki i ciut słodkiej śmietany do zaklepania sosu
Przyprawy:
Do marynowania mięsa: sól pieprz, papryka ostra i słodka - wędzone, marynata korzenna Kamis (lubię gulasze o korzennym aromacie), łyżeczka ostrej musztardy, ziele angielskie, kulki jałowca, liść laurowy, rozgnieciony ząbek czosnku, majeranek - dużo, oliwa.
Do przesypywania warstw w garnku: sól, pieprz, vegeta, tymianek, majeranek, listki laurowe, ziele angielskie, papryka ostra i słodka- obie wędzone.
Wykonanie:
Poprzedniego dnia wieczorem zamarynowałam mięso, pokrojone jak na gulasz, i zostawiłam na noc w lodówce. Rano podsmażyłam je dość mocno na odrobinie oleju rzepakowego i przełożyłam do wolnowaru (który nagrzewał się "na pusto" przez jakieś 20 minut - tak stało w instrukcji), na patelnię wlałam ok pół szklanki wody i po chwili przelałam ją do wolnowaru - woda zabrała cały "smak" z patelni.
Następnie układałam warstwami obrane i pokrojone na dość grube kawałki warzywa, przesypując co którąś warstwę soczewicą i przyprawami. Na spodzie umieściłam te warzywa, które się dłużej gotują - marchewka, buraczek, pietruszka, ziemniaki, a na wierzchu - cukinia, papryka, por, cebula, czosnek w plasterkach.
Przykryłam i przełączyłam wolnowar na wyższą temperaturę (na "2") .
Po 3 godzinach przemieszałam zawartość, potrawa zaczynała mięknąć i pachnieć - wyglądała tak
Posypałam jeszcze pietruszką, zaklepałam powstały sos i zostawiłam jeszcze na godzinę.
Po godzinie mięsko wołowe praktycznie się rozleciało z miękkości, karkówka również rozpływa się w ustach, warzywa natomiast są bardziej jędrne i się nie rozpadają, podobne w konsystencji do warzyw z parowaru, w smaku też, mają tę specyficzną słodycz. Cała potrawa jest niesamowicie aromatyczna. Robiłam podobną potrawę w woreczku do pieczenia, w piekarniku i nie była aż tak aromatyczna. Tu smaki jednocześnie się mieszają, ale każdy jest dobrze wyczuwalny z osobna.
Wrażenia z samego gotowania... Już nie mam obaw przed włączeniem wolnowaru na noc, to gotowanie jest bardzo proste i bezpieczne, garnek jest owszem, gorący z wierzchu, ale nie tak by się od razu poparzyć. Potrawa delikatnie w nim pyrka i wcale nie ma się wrażenia, że coś nam się w kuchni gotuje i na coś trzeba uważać. Nic nie kipi, nie przypala się, taki cichy, skromny mistrz z niego ;)
Po tym debiucie wiem już, że się zaprzyjaźnimy z panem wolnowarem.
sobota, 28 listopada 2015
Dawno mnie tu nie było... o mnie...
Dawno mnie tu nie było, bardzo dużo w tym czasie się zmieniło u mnie, w moim życiu, znów mieszkam w Poznaniu, sama, mój Chłop wyjechał do Francji, za pracą. W Polsce, na wsi, żyło nam się ciężko, pracy było mało, a nad wszystkim zawisła niemożność dogadania się z teściową.
Decyzja zapadła sama z siebie, nie dało się inaczej, nie jestem nauczona walczyć o prawo do życia, oddychania, podejmowania własnych niezależnych decyzji, czy wypowiadania własego zdania, bez wojny... po prostu uważam, że nie ma sensu o to walczyć, trzeba uciekać od chorych ludzi i sytuacji które zabijają w nas chęć do życia. Gdy usłyszałam, że "dostanę w mordę" jak jeszcze raz nie zgodzę się na jakąś sytuację, to wymiękłam... Ale to była Darka decyzja i to mu się chwali... Zachował się tak, jak trzeba.
Puki Darek był w Polce, to on "temperował" sytuację i swoją matkę, z jej rozdmuchanymi potrzebami czy oczekiwaniami, gdy wyjechał, zaczęło być dziwnie, trudno, bezsensownie. A to nie powinno tak wyglądać.
Ale nauczyłam się jednego, nigdy więcej żadnych teściów, żadnych darowanych mieszkań czy obiecanek-cacanek. To się nie sprawdza! Szkoda tylko tych pieniędzy włożonych w remont... ale...
Pieniądze nigdy nie miały dla mnie jakieś szczególnej wartości, gdy mam co jeść, gdzie mieszkać, a moje podstawowe potrzeby są zaspokojone. Gdy mam do tego co prząść, dziergać a koty są nakarmione, nie myślę o pieniądzach. Taki los sieroty..., godzę się na niego.
Zresztą teraz jest dobrze, nawet bardzo dobrze, znów mieszkam na poznańskim Szczepankowie, dwie ulice od miejsca gdzie spędziłam 7 lat mojego życia. Czuję się tak jakbym wróciła do domu (tam dom Twój gdzie serce Twoje...), te same sklepy, ci sami ludzie, te same kąty. Mam 50-cio metrowe mieszkanie, niewtrącających się, spokojnych właścicieli za ścianą (wynajmuję część domu), i święty spokój, którego nie zastąpi nic. NAPRAWDĘ NIC!
Przędę, farbuję (choć z tym jest największy problem, bo nie mam pracowni, ale jak na moje potrzeby to daję sobie radę, kilka lat praktyki pozwala farbować bez pracowni ;) ), dziergam i uczę przędzenia :) a także farbowania u Agnieszki Jackowiak w Hobby-Wełna.
I tak naprawdę smuci mnie, że tak niewiele osób pisze na blogach..., że się ta idea blogowania tak jakoś rozlazła, rozpłynęła... Tak wiele blogów, które jeszcze kilka miesięcy temu żyły, dziś są umierające... Mam wielką nadzieję, że to się jednak zmieni, ze ludzie dostrzegą, tak jak ja dostrzegłam, że (jak to powiedziała Ania Parszewska) co na blogu to na blogu i żaden Fejsbuk tego nie zastąpi. Oczywiście to nie dotyczy wszystkich blogowiczów, część nadal pisze i chwała im za to :)
Decyzja zapadła sama z siebie, nie dało się inaczej, nie jestem nauczona walczyć o prawo do życia, oddychania, podejmowania własnych niezależnych decyzji, czy wypowiadania własego zdania, bez wojny... po prostu uważam, że nie ma sensu o to walczyć, trzeba uciekać od chorych ludzi i sytuacji które zabijają w nas chęć do życia. Gdy usłyszałam, że "dostanę w mordę" jak jeszcze raz nie zgodzę się na jakąś sytuację, to wymiękłam... Ale to była Darka decyzja i to mu się chwali... Zachował się tak, jak trzeba.
Puki Darek był w Polce, to on "temperował" sytuację i swoją matkę, z jej rozdmuchanymi potrzebami czy oczekiwaniami, gdy wyjechał, zaczęło być dziwnie, trudno, bezsensownie. A to nie powinno tak wyglądać.
Ale nauczyłam się jednego, nigdy więcej żadnych teściów, żadnych darowanych mieszkań czy obiecanek-cacanek. To się nie sprawdza! Szkoda tylko tych pieniędzy włożonych w remont... ale...
Pieniądze nigdy nie miały dla mnie jakieś szczególnej wartości, gdy mam co jeść, gdzie mieszkać, a moje podstawowe potrzeby są zaspokojone. Gdy mam do tego co prząść, dziergać a koty są nakarmione, nie myślę o pieniądzach. Taki los sieroty..., godzę się na niego.
Zresztą teraz jest dobrze, nawet bardzo dobrze, znów mieszkam na poznańskim Szczepankowie, dwie ulice od miejsca gdzie spędziłam 7 lat mojego życia. Czuję się tak jakbym wróciła do domu (tam dom Twój gdzie serce Twoje...), te same sklepy, ci sami ludzie, te same kąty. Mam 50-cio metrowe mieszkanie, niewtrącających się, spokojnych właścicieli za ścianą (wynajmuję część domu), i święty spokój, którego nie zastąpi nic. NAPRAWDĘ NIC!
Przędę, farbuję (choć z tym jest największy problem, bo nie mam pracowni, ale jak na moje potrzeby to daję sobie radę, kilka lat praktyki pozwala farbować bez pracowni ;) ), dziergam i uczę przędzenia :) a także farbowania u Agnieszki Jackowiak w Hobby-Wełna.
I tak naprawdę smuci mnie, że tak niewiele osób pisze na blogach..., że się ta idea blogowania tak jakoś rozlazła, rozpłynęła... Tak wiele blogów, które jeszcze kilka miesięcy temu żyły, dziś są umierające... Mam wielką nadzieję, że to się jednak zmieni, ze ludzie dostrzegą, tak jak ja dostrzegłam, że (jak to powiedziała Ania Parszewska) co na blogu to na blogu i żaden Fejsbuk tego nie zastąpi. Oczywiście to nie dotyczy wszystkich blogowiczów, część nadal pisze i chwała im za to :)
O rasie perendale
Kupiłam tę wełnę, ponieważ została mi polecona. Niestety, od samego początku nie zauroczyła mnie. Nie poddawałam się jednak, sądziłam, że ma jakąś zaletę, której jeszcze nie dostrzegam, a która się ujawni w farbowaniu czy przędzeniu.
W tym momencie wełna jest już pofarbowana i uprzędziona, a ja nadal nie wiem co w niej jest takiego ciekawego... Nie wyróżnia się niczym, ani miękkością, ani połyskiem, ani długością włosa, czy łatwością przędzenia, ani pięknym przyjmowaniem barwnika (to nie norweg czy falkland), ot zwykły zwyklak.... żadna rewelacja.
Do tego długość włoska nie ma nic wspólnego z deklarowanymi przez sprzedawcę 80-120 mm (kupowałam w WoW). Owszem, 12 centymetrowe włoski się zdarzają, ale jest też całe mnóstwo włosków 4-5 centymetrowych, jest ich, myślę, gdzieś między 1/3 a połową. I te krócizny mają niestety tendencję do zbijania się podczas farbowania, a pozbijane pęczki trzeba usuwać, gdyż inaczej odbijają się negatywnie na wyglądzie włóczki.
Włoski są bardzo "pokręcone", jak sprężynki, co pewnie jest plusem w grubych dzianinach i tkaninach, bo to zwiększa ilość powietrza, jaka znajduje się pomiędzy włóknami, a przez to dzianina/tkanina jest cieplejsza. Taśmę podczas rozciągania bardzo łatwo przerwać (pewnie ma to coś wspólnego z mnogością krótkich włosków).
Jest to wełna zdecydowanie do grubego przędzenia, myślę, że ciężko byłoby z niej uzyskać cienką, delikatną nitkę. Przypomina mi trochę szetlanda, który też mnie nie zauroczył, ale ja jestem raczej miłośnikiem long wooli. Nie jest to wełna specjalnie delikatna, ale i nie jest bardzo gryząca.
Oczywiście biorę pod uwagę, że mogłam trafić na mało wysublimowaną jakościowo partię/strzyżę (już nie raz zdarzało mi się, trafić na różne jakości w obrębie jednej rasy, w jednym sklepie - w różnych zamówieniach zdarzały się całkiem odmienne jakościowo włókna), więc możliwe, że po prostu miałam pecha, ale raczej nie będę drążyć tego tematu i próbować się przekonywać czy mam rację. Jest tyle pięknych ras owiec, że na perendale zdecydowanie szkoda mi czasu i energii.
Niemniej jednak nitka powstała, nawet ładna - moim zdaniem, przędzenie mnie nie urzekło, ale też nie było tragiczne, wełna jest puchata, z dużą objętością powietrza i na pewno jest ciepła- przetestujemy :) . Ale nie ma perlistego skrętu, za dużo w niej odstających na boki krótkich kłaczków. Zrobię z niej coś zimowego, w nadziei, że może w dzianinie wełna zaskoczy mnie czymś miłym :)
P. s. A tak w ogóle to zamierzam wrócić na bloga, choćby z postami takimi jak ten. Szkoda tak po prostu odejść. Zamówiłam właśnie kolejną partię nowych czesanek, więc będę o nich pisać.
W tym momencie wełna jest już pofarbowana i uprzędziona, a ja nadal nie wiem co w niej jest takiego ciekawego... Nie wyróżnia się niczym, ani miękkością, ani połyskiem, ani długością włosa, czy łatwością przędzenia, ani pięknym przyjmowaniem barwnika (to nie norweg czy falkland), ot zwykły zwyklak.... żadna rewelacja.
Do tego długość włoska nie ma nic wspólnego z deklarowanymi przez sprzedawcę 80-120 mm (kupowałam w WoW). Owszem, 12 centymetrowe włoski się zdarzają, ale jest też całe mnóstwo włosków 4-5 centymetrowych, jest ich, myślę, gdzieś między 1/3 a połową. I te krócizny mają niestety tendencję do zbijania się podczas farbowania, a pozbijane pęczki trzeba usuwać, gdyż inaczej odbijają się negatywnie na wyglądzie włóczki.
Włoski są bardzo "pokręcone", jak sprężynki, co pewnie jest plusem w grubych dzianinach i tkaninach, bo to zwiększa ilość powietrza, jaka znajduje się pomiędzy włóknami, a przez to dzianina/tkanina jest cieplejsza. Taśmę podczas rozciągania bardzo łatwo przerwać (pewnie ma to coś wspólnego z mnogością krótkich włosków).
Jest to wełna zdecydowanie do grubego przędzenia, myślę, że ciężko byłoby z niej uzyskać cienką, delikatną nitkę. Przypomina mi trochę szetlanda, który też mnie nie zauroczył, ale ja jestem raczej miłośnikiem long wooli. Nie jest to wełna specjalnie delikatna, ale i nie jest bardzo gryząca.
Oczywiście biorę pod uwagę, że mogłam trafić na mało wysublimowaną jakościowo partię/strzyżę (już nie raz zdarzało mi się, trafić na różne jakości w obrębie jednej rasy, w jednym sklepie - w różnych zamówieniach zdarzały się całkiem odmienne jakościowo włókna), więc możliwe, że po prostu miałam pecha, ale raczej nie będę drążyć tego tematu i próbować się przekonywać czy mam rację. Jest tyle pięknych ras owiec, że na perendale zdecydowanie szkoda mi czasu i energii.
Niemniej jednak nitka powstała, nawet ładna - moim zdaniem, przędzenie mnie nie urzekło, ale też nie było tragiczne, wełna jest puchata, z dużą objętością powietrza i na pewno jest ciepła- przetestujemy :) . Ale nie ma perlistego skrętu, za dużo w niej odstających na boki krótkich kłaczków. Zrobię z niej coś zimowego, w nadziei, że może w dzianinie wełna zaskoczy mnie czymś miłym :)
P. s. A tak w ogóle to zamierzam wrócić na bloga, choćby z postami takimi jak ten. Szkoda tak po prostu odejść. Zamówiłam właśnie kolejną partię nowych czesanek, więc będę o nich pisać.
sobota, 23 maja 2015
A czas płynie
Oj jak dawno nic nie pisałam. Świat się zmienia, a Facebook zwycięża nas blogami. Tam mnie o wiele więcej, ale nie chciałabym zaniedbać również czytelników blogowych, nie przekonanych do szajsbuka ;)
Zacznę może od końca, czyli od dzisiaj. Odwiedziłam dziś miejscowy sklep z używanymi sprzętami i meblami ( i innymi pierdołkami) sprowadzanymi ze Szwecji i ooo, takie znalezisko za 15 złotych. W pełni sprawna, zgrabna, mała i słodka przewijarka, a właściwie bardziej odwijarka do włóczki.
Od kilku dni mamy też małe gęsiaczki, słodziutkie, puchate, z fajowymi czuprynkami :) Strasznie żywotne, od pierwszego dnia.
Trochę dziergam, farbuję, przędę - nie sposób pokazać i opisać wszystkiego, tak wiec troszkę zdjęć poglądowych wrzucę.
Wkrótce będą nowe moje czesanki, w Hobby-wełna, za jakieś 2-3 tygodnie.
Pozdrawiam serdecznie :)
Zacznę może od końca, czyli od dzisiaj. Odwiedziłam dziś miejscowy sklep z używanymi sprzętami i meblami ( i innymi pierdołkami) sprowadzanymi ze Szwecji i ooo, takie znalezisko za 15 złotych. W pełni sprawna, zgrabna, mała i słodka przewijarka, a właściwie bardziej odwijarka do włóczki.
Od kilku dni mamy też małe gęsiaczki, słodziutkie, puchate, z fajowymi czuprynkami :) Strasznie żywotne, od pierwszego dnia.
Trochę dziergam, farbuję, przędę - nie sposób pokazać i opisać wszystkiego, tak wiec troszkę zdjęć poglądowych wrzucę.
Wkrótce będą nowe moje czesanki, w Hobby-wełna, za jakieś 2-3 tygodnie.
Pozdrawiam serdecznie :)
poniedziałek, 2 marca 2015
Wiosenne warsztaty wełniane w Warszawie
To już postanowione. W kwietniu razem z Agnieszką Jackowiak i Alicją Tyburską pod egidą Hobby-wełna, robimy weekendowy wypad warsztatowy do stolicy.
Zapraszamy więc wszystkie osoby zainteresowane wełnianymi warsztatami rękodzielniczymi. Będzie przędzenie, farbowanie, tkanie oraz filcowanie.
Warsztaty odbędą się w Warszawie w Dobrym Miejscu przy ul. Dzielnicowej 19 w weekend 17, 18, 19 kwietnia.
Moja skromna osoba będzie prowadzić warsztaty artystycznego barwienia wełny, oraz przędzenia na kołowrotku (kurs podstawowy oraz kurs dla zaawansowanych).
Dokładny plan zajęć. (dostępny także na http://hobby-welna.pl/category/warsztaty-warsztaty-w-warszawie)
WARSZTATY
HOBBY-WEŁNA w Warszawie
17, 18, 19 kwietnia 2015
17, 18, 19 kwietnia 2015
Miejsce:
Dobre Miejsce, Warszawa (Wawer)
ul.Dzielnicowa
19,
http://dobremiejsce.warszawa.pl/
http://dobremiejsce.warszawa.pl/
Organizator:
Hobby-Welna,
www.hobby-welna.pl
Zapisy:
info@hobby-welna.pl
Osoby
uczestniczące w min. 2 warsztatach 10 % rabatu
PROGRAM
Przędzenie
na wrzecionie (4 h)
17
kwietnia godz. 16.00 – 20.00
Cena: 130 zł
Cena: 130 zł
Prowadzenie:
Alicja Tyburska
Przędzenie
na kołowrotku dla początkujących (7 h)
17
kwietnia godz. 16.00 - 20.00, 18 kwietnia godz. 10.00 – 13.00
Cena:
390 zł
Prowadzenie:
Justyna Karolczak
Przędzenie
na kołowrotku dla zaawansowanych (6 h)
19
kwietnia godz. 9.00 – 15.00
Cena:
390 zł
Prowadzenie:
Justyna Karolczak
Tkanie
na krośnie o sztywnym grzebieniu (9 h)
18
kwietnia godz.10.00 - 15.00, 19 kwietnia godz. 10.00 – 14.00
Cena:
350 zł
Prowadzenie:
Alicja Tyburska
Fantazyjne
barwienie wełny (5 h)
18
kwietnia godz. 15.00 – 20.00
Cena:
370 zł
Prowadzenie:
Justyna Karolczak
Filcowanie
z filcem igłowym (4 h)
17
kwietnia godz. 16.00 – 20.00
Cena:
180 zł
Prowadzenie:
Agnieszka Jackowiak
Filcowanie
nunofilc – szal na jedwabiu (5 h)
18
kwietnia godz. 10.00 – 15.00
Cena:
270 zł
Prowadzenie:
Agnieszka Jackowiak
Filcowanie
na rozmiar – czapka / pilotka / kapelusz (5-6 h)
19
kwietnia godz. 10.00 – 15.00
Cena:
290 zł
Prowadzenie:
Agnieszka Jackowiak
Dodatkowo:
18
kwietnia godz. 17.00 – 19.00
Film
„Tkactwo na warsztacie. Tkanina rawska” - film dokumentalno-edukacyjny o
wizycie Agnieszki Jackowiak na Mazowszu Rawskim, gdzie do niedawna tkano tradycyjne pasiaki.
Opowieść
Alicji Tyburskiej o wizycie na Wyspach Szetlandzkich – o owcach, wełnie,
przędzeniu, tkaniu
Cena:
20 zł
Dla
osób uczestniczących w warsztatach gratis
19
kwietnia godz. 16.00
AFTERPARTY
- free style / wymiana doświadczeń / pogaduchy
Subskrybuj:
Posty (Atom)

