Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wakacyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wakacyjnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 września 2012

No i po wakacjach

Witam po wakacjach.

Jako, że nie mam za bardzo co pokazać w temacie robótkowym, poopowiadam ogólnie. Na wakacje wzięłam szalik do sztrykowania, ale za bardzo nie było czasu. Sopot piękny, Gdańsk też niezgorszy. Bałtyk jak zwykle czarowny. Pogoda średnia, ale się nie poddawaliśmy, kurtki z membraną spełniały swoje zadanie w razie potrzeby. Moje wakacje to w większości marsz. W ostatnie dni robiliśmy po 15 kilometrów dziennie na własnych nogach. Przydawały się kijki Nordic Walking, naprawdę pomagają w marszu i pozwalają zachować prostą sylwetkę a przez to uniknąć bólów pleców.  Do tego ponoć powodują większe o 20% spalanie kalorii niż zwykły spacer.

Kolejnym wspaniałym doświadczeniem było nadbałtyckie jedzenie. W Sopocie zatrzymaliśmy się bardziej na obrzeżach (od strony Gdańska). Tak wyszło, jechaliśmy bez zarezerwowanego noclegu, sądząc, że we wrześniu nie będzie kłopotu i mieliśmy rację. W pierwszym wybranym miejscu udało nam się zakotwiczyć. Była to kawalerka w bloku, bardzo fajnie urządzona i wyposażona. A to co mogę polecić w temacie jedzenia  to dwie restauracje w pobliżu. Obie znajdują się przy przystani rybackiej, jedna przy 31 wyjściu na plażę a druga przy 32. Naprawdę nie umiem powiedzieć gdzie gotują smaczniej, więc opowiem od obu tych przybytkach.

Pierwsza z restauracji to "Bar Przystań" - dość duży kompleks przy samej plaży. Można tam zjeść cudowną Zupę Rybaka z łososia i soli (wielkie kawałki ryby zatopione w zupie podobnej do flaczków, wszystko tworzy sążnisty, apetyczny i pożywny posiłek) oraz niemniej cudownego "Tatara z łososia" tam również dowiedziałam się, że nie lubię krewetek, ale to już osobna historia. Pewnego dnia ululaliśmy się na cacy pysznym grzanym winem z cytrynką ;)

Druga knajpka to odległa o jakieś 100 metrów od pierwszej  "Tawerna Rybaki" gdzie serwują pysznego Halibuta z patelni z frytkami lub innymi dodatkami, a także totalnie niesamowity smażony szpinak- mój ulubiony dodatek, takiego szpinaku nie jadłam nigdzie wcześniej. Bardzo dobry jest także pstrąg na parze z warzywami.  Polecić mogę również nowozelandzkie małże zapiekane, podawane na sałacie (proponuję również dodatek rzeczonego szpinaku). Więc jeśli ktoś wybiera się do Sopotu to naprawdę warto odwiedzić te dwa miejsca.

O jedzeniu właściwie tyle. No może jeszcze słówko, jeśli ktoś się wybierze z jakąś pilną potrzebą do Galerii Bałtyckiej w Gdańsku Wrzeszczu to  zachęcam do spróbowania jedzenia w Chińskiej Knajpce. Tam za niewielkie pieniądze można smacznie i zdrowo pożywić się "chińszczyzną" trzeba jednak dobrze słuchać co mówią azjatyccy kucharze/kelnerzy - przyznaję, że ja ich za Chiny nie rozumiem ;))) Mimo wszystko można się jakoś dogadać, choćby 3 po 3 na migi :D. W konsekwencji jakimś cudem je się to co się zamówiło :D

Nie sprawdziliśmy polecanej w necie smażalni ryb znajdującej się na łajbie na przystani Motławy w samym sercu Gdańska, cóż, będzie trzeba to nadrobić w przyszłym roku. Trójmiasto uważam za odkryte połowicznie i  zdecydowanie wymagające głębszych oględzin.

Jest jeszcze kilka miejsc, które uważam za godne polecania dla poszukiwaczy ciekawych smaków, ale to może innym razem. Jednoznacznie mogę jednak stwierdzić, że w Trójmieście udało nam się trafić to miejsc gdzie gotują wybornie.

Na koniec może kilka romantyczno-sentymentalnych zdjęć z Sopotu - przynajmniej mi się one tak kojarzą.









Było cudnie, pomimo nieco kapryśnej pogody, jak to nad Bałtykiem...

poniedziałek, 26 września 2011

Zapusciańkie wojaże z psami w tle

I'm back. Po tygodniu wakacji znów jestem na starych śmieciach, a właściwie w przytulnym domku. Wakacje się udały, były bogate w rozmaite atrakcje. Najróżniejsze, o czym pewnie napiszę w najbliższym czasie. Odwiedziliśmy Anetę i Kryśka (Chłopa ;) )w ich domu w Zapuście nad Kwisą na Dolnym Śląsku. Anetka pisze bloga http://tuskulum-riannon.blogspot.com/







Aneta i Krzysztof prowadzą hodowlę psów rasy golden retriever http://www.tuskulum.republika.pl/htm/hodowla.htm, mają też dwa pokoje dla gości. A wiec nasze wakacje przebiegały w dużej mierze "pod psem", aczkolwiek wydźwięk był zdecydowanie pozytywny. O ile wcześniej bardzo podobały mi się goldeny, tak teraz jestem w nich zakochana. Zwłaszcza w Fionie, która stała się moją ulubienicą.

Jaskier

postawa wystawowa - Jaskier ze swoją Panią

pies "na luzie"
 Fiona



niezmordowany pies aportowy
Mantra 
  niedawna mamusia



Gaja
szpic, pies zdecydowanie najbardziej obronny i bojowy, choć niewielki, ale w małym ciele wielki duch



Zabawy Fiony i Mantry



To tyle na dziś, odpoczęłam od kołowrotka a po wakacjach mam nowe pomysły i nowe pokłady sił. Będzie się działo ;) A teraz zabieram się do nadrabiania zaległości w czytaniu Waszych blogów :)

niedziela, 18 września 2011

Wakacje

W końcu mam tydzień wyjezdnych wakacji, od jutra możliwość komentowania bloga będzie wyłączona, coby się jakieś kwiatki vel chwaściki nie zasiały. Zamierzam odpoczywać, różwnież od komputera i internetu - taki wieloletni wakacyjny zwyczaj.

Trochę jesieni w moim wykonaniu - czesanka sprzedała się 2 godziny po wystawieniu na Etsy :)  co jest moim małym osobistym sukcesem. Sama rozpływałam się w ochach i achach nad tą czesanką - do czego się niniejszym przyznaję.
Jest to wensleydale. 





Jadę pomiziać sforę goldenów ;) Wracam w następny poniedziałek, pozdrawiam cieplutko.


sobota, 27 sierpnia 2011

II Światowy Festiwal Wikliny i Plecionkarstwa, gorąca relacja

Przyznam, że choć bywałam w Nowym Tomyślu, to zawsze biegiem, załatwić sprawy i do domu. Dlatego ominęło mnie podziwianie piękna tego miasteczka a przede wszystkim jego ścisłego centrum, gdzie na stałe "rozsiadła się" nowotomyska wiklina. Tym razem pobyt też nie był długi i niestety zaczął się niewiele przed zapadnięciem zmroku, nad czym bardzo ubolewam, ze względu na fotografie. Wielu przepięknych, niesamowitych wiklinowych tworów po prostu nie zdążyłam sfotografować za dnia, a z lampą... nie znoszę lampy błyskowej, zresztą ona rzadko daje tyle światła, by zdjęcie było dobre, lub chociaż nie-złe. Poza tym przede wszystkim pasłam oczy ;), niejednokrotnie zapominając o zachowaniu widoku na potem.

Tak, że jest co jest, ot trochę wiklinowego szaleństwa, rodem z "witkowego zagłębia" niektóre zdjęcia mogą być lekko nieostre, bo przy małej ilości światła i długim czasie otwarcia migawki, ręka się zawsze zatrzęsie.Ale, że to co przedstawiają jest moim zdaniem absolutnie fantastyczne, wiec pozwalam sobie wrzucić je mimo wszystko.

Na początek słynny kosz





Wokół kosza a także na małym deptaczku znajduje się wiele bardzo ciekawych wiklinowych wyrobów, które tworzą takie ciekawe akcenty i niesamowicie upiększają to miejsce. 


















I troszkę zdjęć straganiarskich. Niestety bardzo żałuję, ze nie było możliwości podpatrzenia wyplotów. A może to późna pora sprawiła, że artyści wikliniarze już zakończyli swoją prace. Tego mi osobiście brakowało. 













Ostatnie trzy zdjęcia przedstawiają samochody ciężarowe z wikliny, pierwszy był naprawdę duży, drugi to ciągnik siodłowy w wersji mini. 

Może słówko o odsłonięciu rosnącej rzeźby "Przystań II" Rzeźba wygląda jak kopuła, nieco na pierwszy rzut oka przypominająca muszlę koncertowa. Wewnątrz i przed rzeźbą odbyło się przedstaiwnie czy nowoczesnie mówiąc - performance. Przedstaiwnie obejmowało taniec współczesny oraz teatr ognia. Mnie urzekło zwłaszcza to drugie, bo nie przepadam, za tańcem współczesnym. Bardzo podobała mi się również muzyka tworząca podkład. 

Pogoda dopisała aż do przesady. Miałam ochotę wykapać się w fontannie, ale jakoś tak... 
To był pierwszy dzień imprezy, a właściwie pierwszy wieczór, jednak dalej mnie już nie będzie, troszkę za daleko by tak kursować w te i wewte. To na czym najbardziej mi zależało zobaczyłam.

Z takiej imprezy wypadałoby przywieść jakąś pamiątkę, oczywiście z wikliny. Przywiozłam, a jakże. Jest to malutki koszyczek piknikowy, przepięknie wypleciony, lakierowany, dopieszczony. Ma w porywach 30 centymetrów szerokości i nie ma on nic wspólnego z "marketową masówą" robioną byle jak z byle czego, byle szybko. Będzie mi służył jako nietuzinkowa letnia torebka, jest przepiękny, o takim właśnie marzyłam i gdy tylko go zobaczyłam zakrzyknęłam "mój ci on" ;)






Na koniec pragnę podziękować, za wszystkie przemiłe komentarze. Pisanie bloga naprawdę mnie wciągnęło i sprawia mi mnóstwo radości, także dzięki moim uroczym czytelnikom i komentatorom.