...wreszcie i nareszcie, po półtoramiesięcznym remoncie (a miało to trwać 2 tygodnie :D) dziś przeprowadziłam się do nowej farbiarnio-pracowni. Oczywiście nie można póki co mówić o pełnym wyposażeniu czy całkowitym przeprowadzeniu się. Brakuje szafek, szuflad, porządnego stołu i kilku innych przydatnych gratów, ale już można tam funkcjonować.
Zdecydowanym plusem tego pomieszczenia, poza jego ewidentnymi zaletami funkcjonalnymi i możliwością wymiesienia się z kuchni, jest jego koszt. I tu mój wielki ukłon w stronę Chłopa. Dzięki jego złotym rączkom i mani chomikowania wszystkiego co może się przydać do czegokolwiek, koszt powstania pracowni to ok 1500-1700 zł. Jest to głównie koszt wełny mineralnej użytej do ocieplenia, zlewo-kuchenki kupionej okazjonalnie oraz nowego grzejnika. Pomieszczenie prawie całe jest z materiałów "z odzysku", od podłogi po sufit.Wstępnie nie było tam nawet podłogi, a na tym co powinno podłogą być leżał jakiś gruzopodobny żwir, natomiast sufitu w obecnej formie nie było wcale. Było jak na strychu a jak tak jak widać - choć będzie jeszcze lepiej ;)
No i tyle w sumie, pędzę się rozgościć w moim nowym królestwie :)
środa, 14 listopada 2012
wtorek, 16 października 2012
Sterylizacja jest potrzebna!
Dziś temat wysoce nierobótkowy. Farbiarnia wciąż powstaje i jak to jest w zwyczaju, w przypadku różnych budowlanych przedsięwzięć, terminy się przeciągają... ale nie o tym dziś.
Będąc ostatnio u weterynarza, zauważyłam ciekawy plakat, obrazujący to co się dzieje z niechcianym potomstwem urodzonym przez zwierzęta puszczane samopas, nad których mnożeniem się nikt nie panuje.
Plakat mnie zainteresował, był dość dosadny i skłonił mnie do refleksji. I ten sam plakat (a właściwie zdjęcie) znalazłam w internecie.
Komentarze pozostawiam Wam, moje oba koty, jak również pies są wysterylizowane, mogę więc co nieco podpowiedzieć osobom, które się nad tym zastanawiają, ale nie mają odwagi, boją się jak to będzie, nie wiedzą jak się za sprawę zabrać - ja też kiedyś się obawiałam.
Jeśli ktoś ma ochotę pociągnąć akcję dalej i wkleić plakacik u siebie to proszę bardzo, może choć jakiegoś zwierzaka to uratuje.
Będąc ostatnio u weterynarza, zauważyłam ciekawy plakat, obrazujący to co się dzieje z niechcianym potomstwem urodzonym przez zwierzęta puszczane samopas, nad których mnożeniem się nikt nie panuje.
Komentarze pozostawiam Wam, moje oba koty, jak również pies są wysterylizowane, mogę więc co nieco podpowiedzieć osobom, które się nad tym zastanawiają, ale nie mają odwagi, boją się jak to będzie, nie wiedzą jak się za sprawę zabrać - ja też kiedyś się obawiałam.
Jeśli ktoś ma ochotę pociągnąć akcję dalej i wkleić plakacik u siebie to proszę bardzo, może choć jakiegoś zwierzaka to uratuje.
sobota, 6 października 2012
Dzień Tkaczki w Poznaniu
Z inicjatywy Agnieszki Jackowiak i Alicji Tyburskiej, odbył się w Poznaniu DZIEŃ TKACZKI. Spotkaliśmy się w pracowni Agnieszki "Hobby-Wełna" Impreza choć dość nowatorska, była pełna wrażeń. Może o samym pomyśle napiszą organizatorki (jeśli poczują taką ochotę), ja się skupię na własnych odczuciach.
Jak na spotkanie społecznościowe przystało, było bardzo miło i pomimo okropnej pogody, nijak nie zachęcającej do wyjścia z domu w sobotni poranek, pracowania Agnieszki pełna była ludzi. Każdy kąt był zajęty przez krosna, ramy, bardka, kołowrotki i osoby zainteresowane tkactwem.. Można było poznać (wstępnie) różne techniki tkackie i porozmawiać z osobami zajmującymi się tkactwem, zawiązać znajomości i napić się pysznej kawy.
Było bardzo na luzie, sympatycznie i wesoło.
Krótka fotorelacja:
Zdjęć tylko kilka, bo było zbyt ciekawie, by pamiętać o aparacie.
Była też rama gobelinowa, która jakoś nie znalazła się na żadnej mojej fotce. Krosna budziły jednak największe zainteresowanie.
Ilość ludzi na spotkaniu cieszy, znaczy się tkactwo się odradza i (jak widać na zdjeciach) nie jest tylko czymś, co interesuje starsze pokolenie. Niezmiernie cieszy obecność młodych osób.
Mam nadzieję, że pomysłowość Poznanianek będzie się nadal rozwijać a zapału do pracy nie zabraknie :)))
Pozdrawiam serdecznie :)
Jak na spotkanie społecznościowe przystało, było bardzo miło i pomimo okropnej pogody, nijak nie zachęcającej do wyjścia z domu w sobotni poranek, pracowania Agnieszki pełna była ludzi. Każdy kąt był zajęty przez krosna, ramy, bardka, kołowrotki i osoby zainteresowane tkactwem.. Można było poznać (wstępnie) różne techniki tkackie i porozmawiać z osobami zajmującymi się tkactwem, zawiązać znajomości i napić się pysznej kawy.
Było bardzo na luzie, sympatycznie i wesoło.
Krótka fotorelacja:
| Małe krosno ale wielki zapał |
| praca wre ;) |
| kącik z literaturą tematyczną |
| krosno ala harfa |
| dziewczyny oglądają film |
Zdjęć tylko kilka, bo było zbyt ciekawie, by pamiętać o aparacie.
Była też rama gobelinowa, która jakoś nie znalazła się na żadnej mojej fotce. Krosna budziły jednak największe zainteresowanie.
Ilość ludzi na spotkaniu cieszy, znaczy się tkactwo się odradza i (jak widać na zdjeciach) nie jest tylko czymś, co interesuje starsze pokolenie. Niezmiernie cieszy obecność młodych osób.
Mam nadzieję, że pomysłowość Poznanianek będzie się nadal rozwijać a zapału do pracy nie zabraknie :)))
Pozdrawiam serdecznie :)
niedziela, 30 września 2012
Jesień (oddam pięknego kocurka)
Ostatnimi czasy nie dzieje się wiele z rzeczy robótkowych. Główną atrakcją jesieni jest małe wielkie przedsięwzięcie czyli tworzenie farbiarni. Tak, tak, wyprowadzam się wreszcie z kuchni, na strych, gdzie tak od połowy października zaczynam nowe życie farbiarskie. Chłop w każdej wolnej chwili puka i stuka, piłuje i projektuje. Na razie jeszcze zdjęć nie będzie, poczekam, aż całość nabierze wyglądu godnego opstrykania.
Dużo się też dzieje w kocim świecie. Marcelek jest pod drugiej operacji, gwóźdź zdemontowany, i znów znienawidzony kołnierz na szyi. Przy okazji kocurek został wykastrowany, co raczej nie zrobiło na nim jakiegoś specjalnego wrażenia. Jest bardzo grzecznym kotem, w porównaniu do niego Masza to diabeł wcielony, nawet teraz, pomimo iż ma już ponad rok. Kiciorek jest bardzo przymilny i daje mi morze miłości.
Oczywiście obowiązkowo sypia w łóżku.
Miałam nadzieję, że demontaż gwoździa będzie niewielkim zabiegiem, a zrobił się zabieg całkiem solidny. Znów kołnierz, leki, kontrolna wizyta a za tydzień zdejmowanie szwów. Pocieszam się tylko tym, że jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to będzie koniec chirurgicznej kariery kocura. Od lipca się bujamy z nim i szczerze mam już dość, on z pewnością też.
Noga zrosła się bardzo dobrze, kot nie kuleje i jest w pełni sprawny.
Moim problemem jest natomiast jego rodzeństwo. Koty dalej mieszkają w naszym ogrodzie, nie poszły sobie bynajmniej w świat. Głupie nie są, skoro tu dwa razy dziennie micha się napełnia i nie trzeba się wysilać. Tylko mnie te koty żywcem pożrą... rachunki w sklepie zoologicznym to naprawdę dużo za dużo.
Koty rosną i jedzą chyba podwójnie, bo zapas karmy topnieje w oczach. Nie chcę oddawać kotów do schroniska, bo tam nic dobrego ich nie czeka. A nie wiem jak długo jeszcze zdołam je dokarmiać.
Apeluję więc
Kocurek jest naprawdę piękny, czarny jak węgiel, smukły i zwinny. Ma długie, kształtne nogi, piękną główkę i cały jest bardzo ładnie zbudowany. Zresztą zdjęcia mówią same za siebie. To najpiękniejszy kot z miotu!
Więc jeśli potrzebujecie kota, lub wasi znajomi potrzebują kota, to bardzo proszę o odzew. Kotek jest półdziki, ale na podstawie tego jak zachowywał się Marcel po zabraniu do domu, wnioskuję, że nie będzie to problem.
Czasem, gdy odsłaniam roletę w oknie, wita mnie taki oto obrazek
Mam też do oddania koteczkę, podobną do Marcela, więc jeśli ktoś chciałby koteczkę to proszę się odezwać, wezmę ją na muszkę obiektywu i wrzucę fotki.
Troszkę drutuję, choć nie za wiele, ale szalika przybyło nieco. Nie idzie mi to za szybko, ale do wiosny udziergam i będzie jak znalazł :D
I tyle na dziś, pozdrawiam wszystkich odwiedzających :)
Dużo się też dzieje w kocim świecie. Marcelek jest pod drugiej operacji, gwóźdź zdemontowany, i znów znienawidzony kołnierz na szyi. Przy okazji kocurek został wykastrowany, co raczej nie zrobiło na nim jakiegoś specjalnego wrażenia. Jest bardzo grzecznym kotem, w porównaniu do niego Masza to diabeł wcielony, nawet teraz, pomimo iż ma już ponad rok. Kiciorek jest bardzo przymilny i daje mi morze miłości.
Oczywiście obowiązkowo sypia w łóżku.
Miałam nadzieję, że demontaż gwoździa będzie niewielkim zabiegiem, a zrobił się zabieg całkiem solidny. Znów kołnierz, leki, kontrolna wizyta a za tydzień zdejmowanie szwów. Pocieszam się tylko tym, że jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to będzie koniec chirurgicznej kariery kocura. Od lipca się bujamy z nim i szczerze mam już dość, on z pewnością też.
Noga zrosła się bardzo dobrze, kot nie kuleje i jest w pełni sprawny.
Moim problemem jest natomiast jego rodzeństwo. Koty dalej mieszkają w naszym ogrodzie, nie poszły sobie bynajmniej w świat. Głupie nie są, skoro tu dwa razy dziennie micha się napełnia i nie trzeba się wysilać. Tylko mnie te koty żywcem pożrą... rachunki w sklepie zoologicznym to naprawdę dużo za dużo.
Koty rosną i jedzą chyba podwójnie, bo zapas karmy topnieje w oczach. Nie chcę oddawać kotów do schroniska, bo tam nic dobrego ich nie czeka. A nie wiem jak długo jeszcze zdołam je dokarmiać.
Apeluję więc
ODDAM PIĘKNEGO CZARNEGO KOCURKA!!!
Kocurek jest naprawdę piękny, czarny jak węgiel, smukły i zwinny. Ma długie, kształtne nogi, piękną główkę i cały jest bardzo ładnie zbudowany. Zresztą zdjęcia mówią same za siebie. To najpiękniejszy kot z miotu!
Więc jeśli potrzebujecie kota, lub wasi znajomi potrzebują kota, to bardzo proszę o odzew. Kotek jest półdziki, ale na podstawie tego jak zachowywał się Marcel po zabraniu do domu, wnioskuję, że nie będzie to problem.
Czasem, gdy odsłaniam roletę w oknie, wita mnie taki oto obrazek
Mam też do oddania koteczkę, podobną do Marcela, więc jeśli ktoś chciałby koteczkę to proszę się odezwać, wezmę ją na muszkę obiektywu i wrzucę fotki.
Troszkę drutuję, choć nie za wiele, ale szalika przybyło nieco. Nie idzie mi to za szybko, ale do wiosny udziergam i będzie jak znalazł :D
I tyle na dziś, pozdrawiam wszystkich odwiedzających :)
piątek, 21 września 2012
Blog kulinarny
Nosiłam się z tą myślą od bardzo dawna, aż w końcu się zdecydowałam i założyłam blog kulinarny. Od zawsze nie mogę się uporać z moimi przepisami (rzadko co przechowuję w głowie, nie jestem z tych co pamiętają przepisy na wszystko), część przepisów znajduje się w zeszytach (dwóch, chyba dla utrudnienia), część zapisana jest na kartkach i świstkach powtykanych w różne miejsca, inne w zakładkach na przeglądarce i w plikach na dysku, a jeszcze inne są pozaznaczane karteczkami w najróżniejszych książkach. Jak łatwo się domyślić, gdy potrzeba mi jakiegoś przepisu, to zaczyna się Wielkie Szukanie. Postanowiłam więc założyć blog, który ma za zadanie usystematyzować to, co do tej pory systematyce umykało.
Blog zawierał będzie sprawdzone przepisy na różne dania, zwłaszcza wytrawne, bo rzadko piekę ciasta i nie przepadam za słodkościami, a także przetwory na zimę, które błąkają się tu i ówdzie po tym blogu. Będą też nalewki i co tam mi do głowy i do rąk dobrego wpadnie.
Chętnych zapraszam więc na Chochelkę
http://chochelka.blogspot.com/
Blog zawierał będzie sprawdzone przepisy na różne dania, zwłaszcza wytrawne, bo rzadko piekę ciasta i nie przepadam za słodkościami, a także przetwory na zimę, które błąkają się tu i ówdzie po tym blogu. Będą też nalewki i co tam mi do głowy i do rąk dobrego wpadnie.
Chętnych zapraszam więc na Chochelkę
http://chochelka.blogspot.com/
wtorek, 18 września 2012
No i po wakacjach
Witam po wakacjach.
Jako, że nie mam za bardzo co pokazać w temacie robótkowym, poopowiadam ogólnie. Na wakacje wzięłam szalik do sztrykowania, ale za bardzo nie było czasu. Sopot piękny, Gdańsk też niezgorszy. Bałtyk jak zwykle czarowny. Pogoda średnia, ale się nie poddawaliśmy, kurtki z membraną spełniały swoje zadanie w razie potrzeby. Moje wakacje to w większości marsz. W ostatnie dni robiliśmy po 15 kilometrów dziennie na własnych nogach. Przydawały się kijki Nordic Walking, naprawdę pomagają w marszu i pozwalają zachować prostą sylwetkę a przez to uniknąć bólów pleców. Do tego ponoć powodują większe o 20% spalanie kalorii niż zwykły spacer.
Kolejnym wspaniałym doświadczeniem było nadbałtyckie jedzenie. W Sopocie zatrzymaliśmy się bardziej na obrzeżach (od strony Gdańska). Tak wyszło, jechaliśmy bez zarezerwowanego noclegu, sądząc, że we wrześniu nie będzie kłopotu i mieliśmy rację. W pierwszym wybranym miejscu udało nam się zakotwiczyć. Była to kawalerka w bloku, bardzo fajnie urządzona i wyposażona. A to co mogę polecić w temacie jedzenia to dwie restauracje w pobliżu. Obie znajdują się przy przystani rybackiej, jedna przy 31 wyjściu na plażę a druga przy 32. Naprawdę nie umiem powiedzieć gdzie gotują smaczniej, więc opowiem od obu tych przybytkach.
Pierwsza z restauracji to "Bar Przystań" - dość duży kompleks przy samej plaży. Można tam zjeść cudowną Zupę Rybaka z łososia i soli (wielkie kawałki ryby zatopione w zupie podobnej do flaczków, wszystko tworzy sążnisty, apetyczny i pożywny posiłek) oraz niemniej cudownego "Tatara z łososia" tam również dowiedziałam się, że nie lubię krewetek, ale to już osobna historia. Pewnego dnia ululaliśmy się na cacy pysznym grzanym winem z cytrynką ;)
Druga knajpka to odległa o jakieś 100 metrów od pierwszej "Tawerna Rybaki" gdzie serwują pysznego Halibuta z patelni z frytkami lub innymi dodatkami, a także totalnie niesamowity smażony szpinak- mój ulubiony dodatek, takiego szpinaku nie jadłam nigdzie wcześniej. Bardzo dobry jest także pstrąg na parze z warzywami. Polecić mogę również nowozelandzkie małże zapiekane, podawane na sałacie (proponuję również dodatek rzeczonego szpinaku). Więc jeśli ktoś wybiera się do Sopotu to naprawdę warto odwiedzić te dwa miejsca.
O jedzeniu właściwie tyle. No może jeszcze słówko, jeśli ktoś się wybierze z jakąś pilną potrzebą do Galerii Bałtyckiej w Gdańsku Wrzeszczu to zachęcam do spróbowania jedzenia w Chińskiej Knajpce. Tam za niewielkie pieniądze można smacznie i zdrowo pożywić się "chińszczyzną" trzeba jednak dobrze słuchać co mówią azjatyccy kucharze/kelnerzy - przyznaję, że ja ich za Chiny nie rozumiem ;))) Mimo wszystko można się jakoś dogadać, choćby 3 po 3 na migi :D. W konsekwencji jakimś cudem je się to co się zamówiło :D
Nie sprawdziliśmy polecanej w necie smażalni ryb znajdującej się na łajbie na przystani Motławy w samym sercu Gdańska, cóż, będzie trzeba to nadrobić w przyszłym roku. Trójmiasto uważam za odkryte połowicznie i zdecydowanie wymagające głębszych oględzin.
Jest jeszcze kilka miejsc, które uważam za godne polecania dla poszukiwaczy ciekawych smaków, ale to może innym razem. Jednoznacznie mogę jednak stwierdzić, że w Trójmieście udało nam się trafić to miejsc gdzie gotują wybornie.
Na koniec może kilka romantyczno-sentymentalnych zdjęć z Sopotu - przynajmniej mi się one tak kojarzą.
Było cudnie, pomimo nieco kapryśnej pogody, jak to nad Bałtykiem...
Jako, że nie mam za bardzo co pokazać w temacie robótkowym, poopowiadam ogólnie. Na wakacje wzięłam szalik do sztrykowania, ale za bardzo nie było czasu. Sopot piękny, Gdańsk też niezgorszy. Bałtyk jak zwykle czarowny. Pogoda średnia, ale się nie poddawaliśmy, kurtki z membraną spełniały swoje zadanie w razie potrzeby. Moje wakacje to w większości marsz. W ostatnie dni robiliśmy po 15 kilometrów dziennie na własnych nogach. Przydawały się kijki Nordic Walking, naprawdę pomagają w marszu i pozwalają zachować prostą sylwetkę a przez to uniknąć bólów pleców. Do tego ponoć powodują większe o 20% spalanie kalorii niż zwykły spacer.
Kolejnym wspaniałym doświadczeniem było nadbałtyckie jedzenie. W Sopocie zatrzymaliśmy się bardziej na obrzeżach (od strony Gdańska). Tak wyszło, jechaliśmy bez zarezerwowanego noclegu, sądząc, że we wrześniu nie będzie kłopotu i mieliśmy rację. W pierwszym wybranym miejscu udało nam się zakotwiczyć. Była to kawalerka w bloku, bardzo fajnie urządzona i wyposażona. A to co mogę polecić w temacie jedzenia to dwie restauracje w pobliżu. Obie znajdują się przy przystani rybackiej, jedna przy 31 wyjściu na plażę a druga przy 32. Naprawdę nie umiem powiedzieć gdzie gotują smaczniej, więc opowiem od obu tych przybytkach.
Pierwsza z restauracji to "Bar Przystań" - dość duży kompleks przy samej plaży. Można tam zjeść cudowną Zupę Rybaka z łososia i soli (wielkie kawałki ryby zatopione w zupie podobnej do flaczków, wszystko tworzy sążnisty, apetyczny i pożywny posiłek) oraz niemniej cudownego "Tatara z łososia" tam również dowiedziałam się, że nie lubię krewetek, ale to już osobna historia. Pewnego dnia ululaliśmy się na cacy pysznym grzanym winem z cytrynką ;)
Druga knajpka to odległa o jakieś 100 metrów od pierwszej "Tawerna Rybaki" gdzie serwują pysznego Halibuta z patelni z frytkami lub innymi dodatkami, a także totalnie niesamowity smażony szpinak- mój ulubiony dodatek, takiego szpinaku nie jadłam nigdzie wcześniej. Bardzo dobry jest także pstrąg na parze z warzywami. Polecić mogę również nowozelandzkie małże zapiekane, podawane na sałacie (proponuję również dodatek rzeczonego szpinaku). Więc jeśli ktoś wybiera się do Sopotu to naprawdę warto odwiedzić te dwa miejsca.
O jedzeniu właściwie tyle. No może jeszcze słówko, jeśli ktoś się wybierze z jakąś pilną potrzebą do Galerii Bałtyckiej w Gdańsku Wrzeszczu to zachęcam do spróbowania jedzenia w Chińskiej Knajpce. Tam za niewielkie pieniądze można smacznie i zdrowo pożywić się "chińszczyzną" trzeba jednak dobrze słuchać co mówią azjatyccy kucharze/kelnerzy - przyznaję, że ja ich za Chiny nie rozumiem ;))) Mimo wszystko można się jakoś dogadać, choćby 3 po 3 na migi :D. W konsekwencji jakimś cudem je się to co się zamówiło :D
Nie sprawdziliśmy polecanej w necie smażalni ryb znajdującej się na łajbie na przystani Motławy w samym sercu Gdańska, cóż, będzie trzeba to nadrobić w przyszłym roku. Trójmiasto uważam za odkryte połowicznie i zdecydowanie wymagające głębszych oględzin.
Jest jeszcze kilka miejsc, które uważam za godne polecania dla poszukiwaczy ciekawych smaków, ale to może innym razem. Jednoznacznie mogę jednak stwierdzić, że w Trójmieście udało nam się trafić to miejsc gdzie gotują wybornie.
Na koniec może kilka romantyczno-sentymentalnych zdjęć z Sopotu - przynajmniej mi się one tak kojarzą.
Było cudnie, pomimo nieco kapryśnej pogody, jak to nad Bałtykiem...
piątek, 31 sierpnia 2012
Moja pierwsza chusta
Miałam pokazać jak się nitka układa w robótce, co też właśnie czynię. Chustę robię według prościutkiego wzoru z Ravelry. Wzór jest TUTAJ Robi się bardzo przyjemnie.
A początek chusty prezentuje się tak
Niestety zdjęcia bez jednego promienia słońca, bo od rana leje.
Pozdrawiam :)
A początek chusty prezentuje się tak
Niestety zdjęcia bez jednego promienia słońca, bo od rana leje.
Pozdrawiam :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
