wtorek, 21 listopada 2017

Wełenka z battów

Ostatnio ciągnie mnie w stronę szerszego wykorzystania drum cardera i robienia wełen czesanych na tym urządzeniu. W ogóle ciągnie mnie w kierunku włóczek mniej standardowych, innych niż robione do tej pory. Przejadło mi się się farbowanie i potem równiutkie przędzenie czesanek, choć nie myślałam, że to kiedykolwiek powiem ;) No bo ile można robić w kółko w sumie to samo, tylko w innych kolorach...

Wełenka była robiona na zamówienie. Klientka zażyczyła sobie kolory morskie, fiolety i zielenie, z niewielką domieszką innych kolorów, ale bez pomarańczu i rudości.



Włóczka miała być gruba - grubość "czapkowa"
I tak też się stało.


Przędzenie tego typu włóczki, o takie grubości jest dość żmudne w sumie, bo to się tylko tak wydaje, ze grubą włóczkę ukręci się w 2 godziny, ale niestety, aby włóczka grubsza była równa, trzeba ja prząść o wiele wolniej niż cienką, więc w sumie na jedno wychodzi, jeśli chodzi o czas.

W każdym razie powstało ponad 300 gramów fajnej, miękkiej, mieniącej się różnymi kolorami, włóczki, o długości 550 metrów. Akurat na czapkę i jakiś szyjogrzej może. 






To na pewno nie ostatnia włóczka tego typu, jaka się u mnie urodzi. Urzekają mnie mieniące się kolory i ich mnogość w jednym miejscu. Muszę koniecznie sprawdzić, jak to będzie wyglądało w dzianinie.

Niebawem na pewno powstaną dwie włóczki, w kolorach jesiennych i morsko-słonecznych, bo wełna już czeka, a i od siebie z pewnością coś jeszcze dołożę, by kompozycje były ciekawsze.


Pozdrawiam :)

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Fiolety, fuksje i burgundy.

Od dawna się przymierzałam do ukręcenia trójnitki, nie navajo, ale klasycznej, z trzech oddzielnych szpulek. Bardzo mi się podobają, ale bałam się, że z tego będzie dużo odpadu. A tu figa z makiem odpadu było zaledwie 2 gramy. Tyle zostało na jednej ze szpulek.

Całej wełny miałam coś ok 300 gram, a właściwie to miałam 100 gram wcześniej pofarbowanego merynosa i nie bardzo wiedziałam co z nią zrobić, bo 100 gram to tak ni w pięć ni w dziewięć. Więc dofarbowałam jeszcze 200 gram. Farbowania niewiele się od siebie różniły, co w sumie i tak, przy tego typu nitce nie ma większego znaczenia. Świetne jest w niej to, ze każda szpulka może być inna. Wtedy też jest najfajniejsza zabawa w obserwowanie co też z tego wyjdzie i jak poukładają się kolory. Ale tym razem o żadnej niespodziance mowy być nie mogło. 




W trakcie dublowania a właściwie trojenia, nakręciłam krótki filmik.

 

Dużą część okresu świątecznego, oraz całego Sylwestra i Nowy Rok spędziłam przy kołowrotku. I niech to będzie zapowiedzą nowego, bardzo prządkowego roku, w myśl przysłowia - jaki Nowy Rok, taki cały rok. 

Powstały też bajeranckie zdjęcia kręcącej się szpulki - uwielbiam zdjęcia kręcących się szpulek, ale jako, że mieszkam sama, najczęściej nie ma ich kto robić, bo ktoś przecież jednocześnie musi pedałować. Ale z okazji obecności Chłopa w czasie świąt, była okazja i zdjęcia powstały.




No i trójnitka. 290 gram/870 metrów. WPI ok 20. 3 motki.  Włóczka od razu znalazła chętną nową właścicielkę. A ja pokochałam trójnitki, takie właśnie, nie za grube i nie za cienkie, okrąglutkie i sprężyste, mocno skręcone. Jest w nich coś bardzo eleganckiego.








Pozdrawiam i życzę wszystkiego najlepszego w nowym roku :)

niedziela, 4 grudnia 2016

Album Flickr

No więc wzięłam się i uzupełniłam, założony kilka lat temu, album na flickrze. Jest tam prawie cała historia mojego przędzenia i farbowania - muszę jeszcze uzupełnić same początki. Szukając zdjęć pierwszej włóczki, na pewien fejsbukowy konkurs, i wertując kolejne foldery z archiwalnymi zdjęciami, stwierdziłam, że trzeba to wszystko jakoś uporządkować, żeby nie zaginęło w odmętach historii, bo byłoby szkoda.

Niestety nie ma opisów, co jest co, ale postaram się to również nadrobić - na ile pamiętam lub mam to gdzieś zanotowane. 

Jest tu głównie moja farbiarska i prządkowa radosna twórczość, do tego troszkę kociarstwa i innych "duperelków", co razem tworzy kawałek mojej historii, odgrywającej się w trzech domach na przestrzeni jakichś 5 lat. Prawie 700 zdjęć, z czego większość wrzucona dzisiejszego wieczoru i nocy... ufff. Mniej więcej wszystko jest chronologicznie.

Zapraszam wiec do oglądania i może inspirowania się, a może mogłabym powiedzieć, ze to ku przestrodze, wszak przędzenie i farbowanie niesamowicie wciąga :)

https://www.flickr.com/photos/64656909@N02/

Najstarsze fotki są w albumach. 

Album jest też po prawej stronie w "zakładkach" pod nazwą FOTKI FARBOWANEK i będę się starać już go nie zaniedbywać, więc zdjęcia będą się tam pojawiać regularnie. 

środa, 30 listopada 2016

Projekt drum carder

Ci, którzy śledzą moje poczynania na Fb pewnie widzieli, ale to nie zmienia faktu, że inni nie widzieli oraz, że warto o tym projekcie wspomnieć również na blogu. Robiłam toto w samym środku lata, w lipcu i sierpniu.

Miałam sporo różnej wełny, jakichś "odpadów", i końcówek, które się nazbierały przez ten czas kiedy farbuję. Do tego dodałam farbowanki, które się jakoś nie załapały do uprzedzenia ani do sprzedania, a także nowo zafarbowane, głównie świecące włókna nylonowe, jedwabne oraz stelinę. Takie lekkie powiedzmy sprzątanie szafy ;)

 



Wszystko to razem (w większości bardziej eleganckie włókna takie jak baby alpaka, wielbłąd, jedwab, ale też nieco angory) i jeszcze pewnie coś, czego na zdjęciach nie ma, posłużyło mi do ukręcenia na drum carderze 22 wielokolorowych battów.




Z których to powstało 7 motków. łączna waga to 900 gram a długość 1800 metrów.





W dzianinie kolorki układają się tak (zdjęcia niestety z lampą) :




Dziergam, zobaczymy co wyjdzie :)


poniedziałek, 28 listopada 2016

Stęskniłam się...

Za blogiem, za jego spokojem, za tym co go różni od fejsbuka. Może tu wrócę... może tu będę znów jakoś bardziej u siebie.

A na ponowne powitanie trochę kolorków. Najnowsza włóczka ręcznie przędziona z ręcznie farbowanej czesanki. Merino superwash, 195 gram/ 815 metrów







Długo mnie nie było, ale człowiek czasem wiele musi zrozumieć :)




piątek, 15 stycznia 2016

Wolnowar - fotorelacja, pierwsze wrażenia i przepis na kociołek

Do zakupu wolnowaru dojrzewałam czas jakiś. Dowiedziałam się o tym garnku kilka miesiecy temu, od fejsbukowych koleżanek, które pitrasiły w nim głównie zupy - przynajmniej tyle widziałam. Stąd wysnułam wnioski, że to urządzenie głównie do gotowania zup. Temat odłożyłam ad acta na kilka miesięcy.

Niedawno pomyślałam, że może to byłby sprzęt w sam raz dla mojego Chłopa, który gotować ani nie umie, ani nie lubi, ani nie ma na to czasu, a że mu przypadło życie słomianego wdowca i coś jeść musi...to je najczęściej gotowe dania albo pichci kurczaka i rosół - tego się nauczył ale jakoś nie widać, by chciał się specjalnie rozwijać w tej dziedzinie. Pomyślałam sobie, że może garnek, który gotuje sam, byłby odpowiedni dla niego. I Chłopu pomysł się również spodobał.

Postanowiłam zasięgnąć języka i dowiedziałam się, że w wolnowarze można warzyć nie tylko zupy, ale wszelkiego rodzaju dania wymagające gotowania i duszenia - gulasze, potrawy jednogarnkowe, gołąbki, kociołki, golonki a nawet niektóre ciasta. I to mi się bardzo spodobało, nie tylko jako coś dla Chłopa, ale i dla mnie.

Wolnowar (Slow cooker) to najprościej mówiąc przeciwieństwo szyblkowaru. Jest to elektryczny garnek służący do powolnego, spokojnego gotowania potraw w temperaturze 80-90 stopni C przez wiele godzin - w zależności od potrawy i ustawień wolnowaru - nawet do 12-14 godzin. Garnek jest praktycznie bezobsługowy, nic się w nim nie przypala (na dnie dania powinno być ciut płynu), nie kipi, nie trzeba zbierać szumowin z zup. Można go nastawić i wyjść z domu albo iść spać, a rano mieć gotowe danie. Potrawy są soczyste i aromatyczne, warzywa smakują podobnie do tych z parowaru a mięsa są wyśmienite, miękkie i aromatyczne. Jest to świetne rozwiązanie dla amatorów mięs, które wymagają długiego duszenia i pilnowania np. wołowiny, królika.

I zakupiłam łonego  :)


Jest to jeden z tańszych wolnowarów, ale polecany i cieszący się dobrą opinią. Jak na moje potrzeby wystarczy. Sterowany manualnie (są też elektroniczne, mają więcej funkcji), o pojemności 3,5 litra.

Na pierwszy strzał poszedł kociołek z dwoma rodzajami mięsiwa, warzywami i soczewicą. Wcześniej przeglądałam sporo przepisów na dania przygotowywane w wolnowarze i tak jakoś nabrałam smaka na taki kociołek właśnie.

Do mojego kociołka użyłam:

Po 30 dkg mięsa wieprzowego (karkówka) i wołowiny (zrazówka - może być inna, przerośnięta, ale taką akurat dostałam)
3 marchewki
3 ziemniaki, 
1 większy burak
1 pietruszka - korzeń
kawałek pora pokrojony w plasterki 
1 czerwona cebula  - w piórka 
po pół czerwonej i żółtej papryki
ok 100-150 gram czerwonej soczewicy (nie trzeba jej wstępnie namaczać)
pół niedużej cukinii
2-3 ząbki czosnku (plus ząbek do marynowania mięsa)
pęczek naci pietruszki

Łyżka mąki i ciut słodkiej śmietany do zaklepania sosu

Przyprawy:
Do marynowania mięsa: sól pieprz, papryka ostra i słodka - wędzone, marynata korzenna Kamis (lubię gulasze o korzennym aromacie), łyżeczka ostrej musztardy, ziele angielskie, kulki jałowca, liść laurowy, rozgnieciony ząbek czosnku, majeranek - dużo, oliwa.

Do przesypywania warstw w garnku: sól, pieprz, vegeta, tymianek, majeranek, listki laurowe, ziele angielskie, papryka ostra i słodka- obie wędzone.

Wykonanie:

Poprzedniego dnia wieczorem zamarynowałam mięso, pokrojone jak na gulasz, i zostawiłam na noc w lodówce. Rano podsmażyłam je dość mocno na odrobinie oleju rzepakowego i przełożyłam do wolnowaru (który nagrzewał się "na pusto" przez jakieś 20 minut - tak stało w instrukcji), na patelnię wlałam ok pół szklanki wody i po chwili przelałam ją do wolnowaru - woda zabrała cały "smak" z patelni.


Następnie układałam warstwami obrane i pokrojone na dość grube kawałki warzywa, przesypując co którąś warstwę soczewicą i przyprawami. Na spodzie umieściłam te warzywa, które się dłużej gotują - marchewka, buraczek, pietruszka, ziemniaki, a na wierzchu - cukinia, papryka, por, cebula, czosnek w plasterkach.


 
Przykryłam i przełączyłam wolnowar na wyższą temperaturę (na "2") .
Po 3 godzinach przemieszałam zawartość, potrawa zaczynała mięknąć i pachnieć - wyglądała tak


 Posypałam jeszcze pietruszką, zaklepałam powstały sos i zostawiłam jeszcze na godzinę.


Po godzinie mięsko wołowe praktycznie się rozleciało z miękkości, karkówka również rozpływa się w ustach, warzywa natomiast są bardziej jędrne i się nie rozpadają, podobne w konsystencji do warzyw z parowaru, w smaku też, mają tę specyficzną słodycz. Cała potrawa jest niesamowicie aromatyczna. Robiłam podobną potrawę w woreczku do pieczenia, w piekarniku i nie była aż tak aromatyczna. Tu smaki jednocześnie się mieszają, ale każdy jest dobrze wyczuwalny z osobna.

Wrażenia z samego gotowania... Już nie mam obaw przed włączeniem wolnowaru na noc, to gotowanie jest bardzo proste i bezpieczne, garnek jest owszem, gorący z wierzchu, ale nie tak by się od razu poparzyć. Potrawa delikatnie w nim pyrka i wcale nie ma się wrażenia, że coś nam się w kuchni gotuje i na coś trzeba uważać. Nic nie kipi, nie przypala się, taki cichy, skromny mistrz z niego ;)

Po tym debiucie wiem już, że się zaprzyjaźnimy z panem wolnowarem.  



sobota, 28 listopada 2015

Dawno mnie tu nie było... o mnie...

Dawno mnie tu nie było, bardzo dużo w tym czasie się zmieniło u mnie, w moim życiu, znów mieszkam w Poznaniu, sama, mój Chłop wyjechał do Francji, za pracą. W Polsce, na wsi, żyło nam się ciężko, pracy było mało, a nad wszystkim zawisła niemożność dogadania się z teściową. 

Decyzja zapadła sama z siebie, nie dało się inaczej, nie jestem nauczona walczyć o prawo do życia, oddychania, podejmowania własnych niezależnych decyzji, czy wypowiadania własego zdania, bez wojny... po prostu uważam, że nie ma sensu o to walczyć, trzeba uciekać od chorych ludzi i sytuacji które zabijają w nas chęć do życia. Gdy usłyszałam, że "dostanę w mordę" jak jeszcze raz nie zgodzę się na jakąś sytuację, to wymiękłam... Ale to była Darka decyzja i to mu się chwali... Zachował się tak, jak trzeba.

Puki Darek był w Polce, to on "temperował" sytuację i swoją matkę, z jej rozdmuchanymi potrzebami czy oczekiwaniami, gdy wyjechał, zaczęło być dziwnie, trudno, bezsensownie. A to nie powinno tak wyglądać.

Ale nauczyłam się jednego, nigdy więcej żadnych teściów, żadnych darowanych mieszkań czy obiecanek-cacanek. To się nie sprawdza! Szkoda tylko tych pieniędzy włożonych w remont... ale...

Pieniądze nigdy nie miały dla mnie jakieś szczególnej wartości, gdy mam co jeść, gdzie mieszkać, a moje podstawowe potrzeby są zaspokojone. Gdy mam do tego co prząść, dziergać a koty są nakarmione, nie myślę o pieniądzach. Taki los sieroty..., godzę się na niego.

Zresztą teraz jest dobrze, nawet bardzo dobrze, znów mieszkam na poznańskim Szczepankowie, dwie ulice od miejsca gdzie spędziłam 7 lat mojego życia. Czuję się tak jakbym wróciła do domu (tam dom Twój gdzie serce Twoje...), te same sklepy, ci sami ludzie, te same kąty. Mam 50-cio metrowe mieszkanie, niewtrącających się, spokojnych właścicieli za ścianą (wynajmuję część domu), i święty spokój, którego nie zastąpi nic. NAPRAWDĘ NIC!

Przędę, farbuję (choć z tym jest największy problem, bo nie mam pracowni, ale jak na moje potrzeby to daję sobie radę, kilka lat praktyki pozwala farbować bez pracowni ;) ), dziergam i uczę przędzenia :) a także farbowania u Agnieszki Jackowiak w Hobby-Wełna.

I tak naprawdę smuci mnie, że tak niewiele osób pisze na blogach..., że się ta idea blogowania tak jakoś rozlazła, rozpłynęła... Tak wiele blogów, które jeszcze kilka miesięcy temu żyły, dziś są umierające... Mam wielką nadzieję, że to się jednak zmieni, ze ludzie dostrzegą, tak jak ja dostrzegłam, że (jak to powiedziała Ania Parszewska) co na blogu to na blogu i żaden Fejsbuk tego nie zastąpi. Oczywiście to nie dotyczy wszystkich blogowiczów, część nadal pisze i chwała im za to :)