sobota, 17 stycznia 2015

Zbuntowany blog

Czasem w tym naszym spokojnym blogowym światku coś się pochrzani i ktoś straci swoją stronkę. Byłoby mi bardzo smutno w takiej sytuacji, więc dokładnie rozumiem Dorotę z Sielankowego dziergania, która straciła możliwość publikowania postów, a i na samym blogu pojawiły się jakieś całkiem inne treści.

Dorota założyła jednak drugi blog i chciałaby odzyskać dawnych czytelników, którzy ją odwiedzali. Zorganizowała candy by rozpromować stronkę.
W imieniu swoim i Doroty zapraszam więc do niej na candy i do czytania bloga. Nowy blog nazywa się Sielska chata, a po kliknięciu w banerek można wejść na candy Do wygrania 6 pięknych szydełkowych podkładek pod filiżankę.


http://sielskachata.blogspot.com/2015/01/candy-na-pozeganie-sielankowego.html


A u mnie... zabieg przeżyłam! Był w konsekwencji mniejszy niż wstępnie zaplanowany - mam nadzieję, że to lekkie "poprawianie Pana Boga" wystarczy ;) . Dziś już się czuję lepiej.
W dzierganiu ciut poszłam do przodu (kończę kolejną czapkę i przędę singielki na grubą przędzę 4ply) Ale dziś jedynie uchylam rąbka tajemnicy, całość pokaże jak będzie co pokazywać.



Pozdrawiam serdecznie :)

sobota, 10 stycznia 2015

Czapka prawie idealna

To moja druga w ogóle, a pierwsza tak naprawdę udana czapka wydziergana na drutach. Nie pytajcie ile razy prułam i zaczynałam od nowa, gdyż wychodziła nie taka jak trzeba...

No ale jak już wyszła, to od razu zaczęłam ją nosić, choć do tej pory nie przepadałam za czapkami i nosiłam je tylko w wielkiej konieczności. I niemal od razu wzięłam się za kolejną. Krój czapki jest dla mnie idealny, bo mieszczą się pod nią związane włosy, do tej pory  miałam problem z kupieniem odpowiedniej czapki, która by się nie zsuwała ze związanych włosów.  




Czapka powstała z włóczki ręcznie przędzionej. Pokusiłam się tym razem na sprzędzenie tripelka (3ply). Dwie nitki to merynos, trzecia to alpaka. Niteczka jest mięsista i taka "pełna" Idealnie nadaje się na zimową czapkę, która powinna być przecież ciepła.


Kilka dni temu, Pan listowy, przyniósł mi barwniki wygrane, w candy, u E-wełenki. 



Bardzo dziękuję Karinko :) A co się z nimi stanie dalej, to już opowieść na inną okoliczność ;)

A tak w ogóle, to głównie odpoczywam, biorę leki i cierpię... W czwartek czeka mnie chirurgiczny zabieg stomatologiczny. Trzymajcie kciuki ;)
Pozdrawiam serdecznie w ten deszczowy, wietrzny, choć ciepły dzień.

wtorek, 6 stycznia 2015

Różności z życia wzięte

Chyba od połowy grudnia noszę się z zamiarem napisania tego posta, ale ciągle coś się nie składało, choćby to, że aparat fotograficzny zamordował mi komputer (na szczęście nie całkiem na śmierć, ale było nad czym główkować). Potem instalacja centralnego ogrzewania, które udało się zainstalować ostatecznie na dwa dni przed Świętami.

W międzyczasie chyba od października ciągle na tapecie mamy temat drewna opałowego. Palić czymś trzeba, a że zdecydowaliśmy się na ogrzewanie kominkowe, więc najlepiej palić drewnem. To nasza pierwsza zima na wsi, więc szopa na drewno niemal pusta i trzeba ją zapełnić.


Część drewna kupiliśmy w leśnictwie, ale chciałam napisać o ciekawej metodzie "pozyskiwania" drewna, która jest bardzo rozpowszechniona na wsiach, przynajmniej tu gdzie mieszkamy. Nazywa się to oficjalnie - SAMOWYROBEM DREWNA, a polega na tym, że leśnictwo robi przecinkę (lub wycinkę) drzew w lesie, zabiera to co potrzebuje (grube pnie) a całą resztę - czubki, gałęzie,cieńsze drzewa i suszki,  zostawia. I to co zostanie można sobie samemu obrobić, poskładać na stosy i zabrać za niewielką (w porównaniu z drewnem opałowym) opłatą. Oczywiście po wcześniejszym ustaleniu wszystkiego z leśniczym.

W ten sposób pozyskaliśmy już jakieś 30 m3 drewna, czyli ilość potrzebną do ogrzania domu na jakieś półtorej zimy. I co najlepsze - choć to bardzo ciężka robota, szalenie mi się ten samowyrób podoba. Zajęciem tym zajmują się w większości mężczyźni, ale ja bym nie odpuściła takiej okazji do kontaktu z naturą.

Tak wygląda stos (zwany potocznie kupką) w które układa się drewno. Leśniczy mierzy taki stos, potem drewno się wykupuje, a następnie zabiera traktorem lub ciężarówką do domu.



Trochę widoczków - strumyczek płynący obok miejsca pozyskiwania drewna 




I coś co dla mnie było ciekawostką, zaskoczeniem i czymś pięknym - tak wygląda mokra olszyna (to pomarańczowe) , jak było naprawdę mokro, na przykład po deszczu, to nie mogłam się napatrzyć na różne odcienie pomarańczu - od złota do ciemnego, niemal czerwonego oranżu i rudego brązu. Coś naprawdę pięknego. Podobnie wygląda mokra czeremcha. 


A co w tematach robótkowych... w Święta skończyłam szalo-komin.




 


Szalo-komin powstał mniej więcej według TEGO wzoru. Jest bardzo prościutki. Wydziergałam go z wełny norweskiej, własnoręcznie pofarbowanej i uprzędzionej. Właściwie szal powstał z pięciu różnych motków, każdy miał nieco inne odcienie i nasycenia kolorów. Razem jakoś to wszystko zagrało nawet fajnie. Włóczka miała mniej więcej 170-180m /100 gram. Szal jest dość ciężki, zużyłam na niego prawie pół kilo wełny.Wełna owiec norweskich jest dość szorstka i prymitywna, ale o dziwo nie gryzie. Bardzo mocno grzeje, szal jest mięsisty i cieplutki, można go nosić jako szalik/zamotkę albo jako komin.

Trochę wcześniej uszyłam też dwie podusie patchworkowe z tkanin firmy Moda. Poduszki też prościutkie, pozszywane razem paseczki, w środku ocieplinka polarowa (naprawdę wole ją od jakiejkolwiek innej, nawet bawełnianej, bo jest mięciutka, podczas prania i prasowania nic się z nią nie dzieje i zachowuje formę nawet po wielu praniach). Z tyłu białe płótno bez ociepliny, z wstawionym suwakiem. Pikowanie
po liniach prostych, wzdłuż szwów. 




I to tyle na dziś, zaraz zabieram się do dziergania jakiejś czapeczki, bo zima tak straszy, flirtuje z nami, ale kto wie co styczeń przyniesie... Pozdrawiam :)

sobota, 13 grudnia 2014

Po wyprzedaży...

Powiem Wam, moje czytelniczki, że wczorajsza wyprzedaż przewyższyła moje najśmielsze oczekiwania - nie spodziewałam się, że w ciągu jednego wieczoru cały mój zapas włóczek znajdzie swoich nowych właścicieli. Jest mi z tego powodu bardzo, bardzo miło. Cieszę się też, że nie zostanę z towarem. Oj żeby tak było co miesiąc ;)))

Widzę, że doceniacie moje produkty, wiele osób wyraziło smutek z powodu tego, że kończę działalność. Mi też jest smutno, ale cóż zrobić.

Od stycznia dopada mnie obowiązek płacenia normalnej stawki Zus, czyli 1000 zł z haczykiem, a to przekracza moje finansowe możliwości. Aby zdobyć taką kwotę musiałabym miesięcznie sprzedać ponad 100 włóczek (i nie jestem pewna czy to by starczyło), a aby sprzedać taką ilość mój sklepik musiałby być o wiele większy, co wiązało by się z całkiem innymi sumami włożonymi w towar, który niestety często zalegał na półkach. 

Nigdy nie planowałam prowadzenia dużego sklepu bo mnie na to po prostu nie stać. Niestety prawo polskie nie robi wyjątków w takim przypadku jak mój - czyli osób coś tam sobie wytwarzających (temat poruszany kilkakrotnie przez różnego rodzaju drobnych wytwórców, również na blogach).

Nie ma u nas możliwości dorobienia (kwota wolna od podatku jest jedną z najniższych na świecie i od 2009 roku wynosi niezmiennie bodajże 3091  złotych rocznie czyli jakieś 250 zł miesiecznie) w Anglii jest to na przykład coś koło 10 tysięcy funtów rocznie - czyli 17 razy więcej niż w Polsce. W Niemczech jest to ok 11 razy więcej niż u nas.

Biznes otworzyłam bo przy tak niewielkiej kwocie wolnej od podatku po prostu się bałam, że ktoś się do mnie przyczepi, ale od początku wiedziałam, że może być różnie po tych dwóch latach. Stało się niestety to czego się obawiałam.

Dysproporcja między kwotą wolną od podatku a sumą jaka jest potrzebna do utrzymania nawet najmniejszej firmy jest powalająca. Chyba nasi prawodawcy nie widzą, że w ten sposób pokazują obywatelom, że jeśli mają zarabiać (dorabiać) 500 czy 1000 złotych miesięcznie, to niech lepiej nic nie robią - firmy nie utrzymają, a kwotę wolną od podatku przekroczą i narażą się Fiskusowi. Nie ma w naszym kraju miejsca dla takich biznesów i małych działalności. 

Można by jeszcze wiele pisać na ten temat. Pewnie każdy ma na ten temat swoje zdanie. Rzeczywistość dużego zusu dosięgnęła mnie i tyle. Znam przynajmniej kilka małych biznesików - również wśród blogowych znajomych, które skończyły tak samo. Cóż zrobić.

Pewnie coś tam jeszcze będę farbować na mikro skalę, tak by nie przekroczyć tego wolnego progu podatkowego bo choć 250 złotych to nie majątek, to jednak piechotą nie chodzi. 

Jeszcze raz serdecznie dziękuję za wszystkie zakupy. Nie pozostaje mi nic innego jak brać się za pakowanie paczuszek :) Pozdrawiam

piątek, 12 grudnia 2014

UWAGA!!! Wyprzedaż włóczek!

W związku z tym, że z początkiem przyszłego roku zamykam swoją wełenkową firmę (z kilku różnych powodów) obniżyłam ceny wszystkich wełenek o 25 %.

Promocja trwać będzie do końca roku. Po nowym roku nie będzie już moich włóczek. Pewnie będę gdzieś jeszcze funkcjonować, ale to już hobbistycznie i na bardzo małą skalę.

Tak więc jest to ostatnia szansa na zakupy u mnie i to w promocji. Może ktoś zechce zrobić sobie świąteczny prezent :) 

Zapraszam http://pl.dawanda.com/shop/YarnAndArt

 

Pozdrawiam serdecznie
Justyna

czwartek, 30 października 2014

Jak się ma teoria do praktyki.... czyli słów kilka o remontowych perypetiach

Mówią, że teoretycznie teoria od praktyki niczym się nie różni, ale praktycznie już tak. To powiedzenie znalazło wielkie odzwierciedlenie w moim przypadku... Jak w mordę strzelił ;)

Przeprowadzka, remont i cały ten misz-masz miał zająć góra dwa miesiące i nie kosztować zbyt wiele. Taką wizję moje Chłopisko roztaczało przede mną przez długi czas zanim zamieszkaliśmy w nowym domu. Miało być szybko, tanio, własnymi rękami i w ogóle miała to być przygoda życiowa niemalże. A, że człowiek ciągle jest naiwny to uwierzył ;) Z tego wszystkiego wyszło tylko to, że własnymi rękami... Zasadniczo jest tak, że remont zajmuje dwa razy więcej czasu niż się zakładało i kosztuje dwa razy tyle ile chciało się na niego przeznaczyć.Ale najlepsze jest to, że w sumie już klamka zapadła i trza se radzić.

Remont zaczęliśmy się od kuchni, niby małe pomieszczenie, bo raptem 12 m2 (nad czym ubolewam, bo zawsze marzyła mi się duża kuchnia z jadalnią) Co się może stać na takiej małej przestrzeni? Ano całkiem sporo. Zaczęło się od tego, że pomieszczenie jest o dwa centymetry węższe niż nasze kuchenne meble... ot złośliwość rzeczy martwych. Miało być idealnie, ale niestety ściany się zwężają i w miejscu gdzie miały stać (i ostatecznie stanęły) meble kuchnia zamiast zakładanych 3 metrów ma 2,98m... i zaczęło się skuwanie tynku, żeby jakoś uzyskać te nieszczęsne dwa centymetry. Morał z tego taki, że rozmiar ma znaczenie i to ogromne znaczenie :D To znaczenie kosztowało nas kilka dni pracy i pozostawiło po sobie "uskok tektoniczny" koło lodówki...

Kolejnym problemem stał się sufit... cud miód malina. Już malujemy, już kończymy a tu wałek do malowania zdejmuje z sufitu piękne płaty poprzedniej farby razem z gipsem... Powiecie - trzeba zdzierać i szpachlować... a tu meble już stoją, kuchni mamy serdecznie dość, stoi nam ością w gardle... Czasu brak, siły też. No zdarliśmy i pomalowaliśmy jak leci, w końcu czy ktoś powiedział, że sufit w kuchni musi być idealny? Kolejne uskoki tektoniczne przecież nie zaszkodzą, idealnie już i tak nie jest. I tym sposobem wyszliśmy z kuchni.

W międzyczasie oczywiście praca zawodowa, czasem po 10 godzin na dobę, no cóż, na to wszystko trzeba zarobić.

Pogodziłam się już z faktem, że kolejne 5 lat życia będę co i rusz coś remontować,  a potem już wejdzie mi to w krew i przestanę zauważać, że jesteśmy w stanie permanentnego remontowania... Wiecie co, ja chyba już się przyzwyczaiłam. Ale dzięki temu wiele się nauczyłam. Umiem już malować, układać kafelki i fugować, układć podłogi, boazerię, regipsy, szpachlować, obchodzić się z silikonem, wiertarką i szlifierką itd , tylko pił się ciągle boję.

Na pracownię kolej przyszła całkiem niedawno, może 2 tygodnie temu. Już bałam się, że to nigdy nie nastąpi, a przynajmniej nieprędko. Nawał pracy zawodowej, remontowej i zmęczenia dawał nam bardzo w kość. Wracaliśmy z pracy do domu i zalegaliśmy w wyrze przy kominku. Swoją drogą uważam, że kominek to jeden z lepszych wynalazków cywilizacji. W ciągu ostatnich kilku miesięcy odkryłam w sobie wielkie zamiłowanie do pieców wszelakich, zamiłowanie, którego się domyślałam, ale wcześniej nie miałam okazji skonfrontować domysłów z rzeczywistością. O jednym z pieców, kupionym za całe 60 złotych na złomie, jeszcze kiedyś napiszę.

Na ale... po kolejnych dwóch pomieszczeniach, pewnego dnia stwierdziliśmy, że jeśli pracownia ma zadziałać , jeśli jeszcze tej jesieni mam coś pofarbować, to musimy się za to wziąć już, natychmiast, rzucając w kąt wszelkie bardziej czy mniej potrzebne zajęcia . No i poszło. Sprzątanie warsztatu (w którym powstaje pracownia), zamówienie materiałów, poszukanie wszystkiego co potrzebne w zapasach z poprzedniej pracowni... i tym sposobem dziś Chłop zakłada elektrykę, jutro będzie urządzanie wnętrza, ustawianie stołów i szafek, a pojutrze zaczynam farbowanie.

W natłoku najróżniejszych zajęć i emocji (różnych, tych trudnych też nie brakowało), nie czułam, jak bardzo brakuje mi tej farbowania. Wyładowywałam się chyba na farbach do ścian i drewna, bo mieszałam najróżniejsze kolory z dostępnych barwników i to też strasznie mi się podoba - żadnych gotowych kolorów, wszystko z własnej "mieszalni". Zadziałało to co wiem od lat, że jestem zakręcona w temacie kolorów. Choć jeśli chodzi o wnętrza, to wychodzi mi chłodna skandynawska estetyka, czyli coś całkiem innego niż w kwestii włóczek, gdzie królują ciepłe jesienne barwy. Nie mam pojęcia czemu, chyba tak to czuję i już.

Jeszcze mnóstwo, naprawdę mnóstwo rzeczy czeka na to by je zrobić, dotknąć, poukładać, znaleźć dla nich miejsce i zniwelować naturalny chaos rzeczy. Ale jak powiedziała moja serdeczna przyjaciółka... początki są zawsze najtrudniejsze. Te słowa podniosły mnie na duchu i zamierzam się tego trzymać.  Za każdym razem jak zrobimy kolejną rzecz, małą czy dużą, powtarzam sobie, że kolejna rzecz zrobiona, że to kolejna "cegła" w drodze do urządzenia swojego własnego domu, że każda kolejna rzecz sprawia, że żyje nam się lepiej, po prostu, że idziemy do przodu. Może inni mają lepiej, łatwiej, szybciej, ale każdy ma swoją drogę....

Tyle na dziś, potrzebowałam się "wypisać" po niemal 4 miesiącach milczenia, czasem bez dostępu do kompa czasem bez sił by w ogóle do niego usiąść. Nie odpisywałam na miale, czasem Was zaniedbywałam, ale człowiek ma tylko 2 ręce i jego doba ma tylko 24 godziny... serdecznie przepraszam, mam nadzieję, że nikt nie czuje się urażony. Mam też nadzieję, że najgorsze już za mną. Pozdrawiam

P.s. Wrzuciłabym jakieś zdjęcia ale jeszcze nie dokopałam się do kabli, które umożliwiły by mi przerzucenie zdjęć z aparatu do kompa.... ot tak to bywa, jak się życie do góry nogami wywraca


środa, 29 października 2014

Wkrótce koniec przerwy

Jeszcze dosłownie kilka dni i będę już wprowadzona do nowej pracowni. Wprawdzie wystrój jest wciąż dość spartański,  ale mam wielką nadzieję 1 listopada pofarbować pierwsze niteczki.

Dziś taki mały wpis, bo aż głupio tak długo nic nie napisać.

Do rychłego przeczytania. Pozdrawiam wszystkich serdecznie :)