Mówią, że teoretycznie teoria od praktyki niczym się nie różni, ale praktycznie już tak. To powiedzenie znalazło wielkie odzwierciedlenie w moim przypadku... Jak w mordę strzelił ;)
Przeprowadzka, remont i cały ten misz-masz miał zająć góra dwa miesiące i nie kosztować zbyt wiele. Taką wizję moje Chłopisko roztaczało przede mną przez długi czas zanim zamieszkaliśmy w nowym domu. Miało być szybko, tanio, własnymi rękami i w ogóle miała to być przygoda życiowa niemalże. A, że człowiek ciągle jest naiwny to uwierzył ;) Z tego wszystkiego wyszło tylko to, że własnymi rękami... Zasadniczo jest tak, że remont zajmuje dwa razy więcej czasu niż się zakładało i kosztuje dwa razy tyle ile chciało się na niego przeznaczyć.Ale najlepsze jest to, że w sumie już klamka zapadła i trza se radzić.
Remont zaczęliśmy się od kuchni, niby małe pomieszczenie, bo raptem 12 m2 (nad czym ubolewam, bo zawsze marzyła mi się duża kuchnia z jadalnią) Co się może stać na takiej małej przestrzeni? Ano całkiem sporo. Zaczęło się od tego, że pomieszczenie jest o dwa centymetry węższe niż nasze kuchenne meble... ot złośliwość rzeczy martwych. Miało być idealnie, ale niestety ściany się zwężają i w miejscu gdzie miały stać (i ostatecznie stanęły) meble kuchnia zamiast zakładanych 3 metrów ma 2,98m... i zaczęło się skuwanie tynku, żeby jakoś uzyskać te nieszczęsne dwa centymetry. Morał z tego taki, że rozmiar ma znaczenie i to ogromne znaczenie :D To znaczenie kosztowało nas kilka dni pracy i pozostawiło po sobie "uskok tektoniczny" koło lodówki...
Kolejnym problemem stał się sufit... cud miód malina. Już malujemy, już kończymy a tu wałek do malowania zdejmuje z sufitu piękne płaty poprzedniej farby razem z gipsem... Powiecie - trzeba zdzierać i szpachlować... a tu meble już stoją, kuchni mamy serdecznie dość, stoi nam ością w gardle... Czasu brak, siły też. No zdarliśmy i pomalowaliśmy jak leci, w końcu czy ktoś powiedział, że sufit w kuchni musi być idealny? Kolejne uskoki tektoniczne przecież nie zaszkodzą, idealnie już i tak nie jest. I tym sposobem wyszliśmy z kuchni.
W międzyczasie oczywiście praca zawodowa, czasem po 10 godzin na dobę, no cóż, na to wszystko trzeba zarobić.
Pogodziłam się już z faktem, że kolejne 5 lat życia będę co i rusz coś remontować, a potem już wejdzie mi to w krew i przestanę zauważać, że jesteśmy w stanie permanentnego remontowania... Wiecie co, ja chyba już się przyzwyczaiłam. Ale dzięki temu wiele się nauczyłam. Umiem już malować, układać kafelki i fugować, układć podłogi, boazerię, regipsy, szpachlować, obchodzić się z silikonem, wiertarką i szlifierką itd , tylko pił się ciągle boję.
Na pracownię kolej przyszła całkiem niedawno, może 2 tygodnie temu. Już bałam się, że to nigdy nie nastąpi, a przynajmniej nieprędko. Nawał pracy zawodowej, remontowej i zmęczenia dawał nam bardzo w kość. Wracaliśmy z pracy do domu i zalegaliśmy w wyrze przy kominku. Swoją drogą uważam, że kominek to jeden z lepszych wynalazków cywilizacji. W ciągu ostatnich kilku miesięcy odkryłam w sobie wielkie zamiłowanie do pieców wszelakich, zamiłowanie, którego się domyślałam, ale wcześniej nie miałam okazji skonfrontować domysłów z rzeczywistością. O jednym z pieców, kupionym za całe 60 złotych na złomie, jeszcze kiedyś napiszę.
Na ale... po kolejnych dwóch pomieszczeniach, pewnego dnia stwierdziliśmy, że jeśli pracownia ma zadziałać , jeśli jeszcze tej jesieni mam coś pofarbować, to musimy się za to wziąć już, natychmiast, rzucając w kąt wszelkie bardziej czy mniej potrzebne zajęcia . No i poszło. Sprzątanie warsztatu (w którym powstaje pracownia), zamówienie materiałów, poszukanie wszystkiego co potrzebne w zapasach z poprzedniej pracowni... i tym sposobem dziś Chłop zakłada elektrykę, jutro będzie urządzanie wnętrza, ustawianie stołów i szafek, a pojutrze zaczynam farbowanie.
W natłoku najróżniejszych zajęć i emocji (różnych, tych trudnych też nie brakowało), nie czułam, jak bardzo brakuje mi tej farbowania. Wyładowywałam się chyba na farbach do ścian i drewna, bo mieszałam najróżniejsze kolory z dostępnych barwników i to też strasznie mi się podoba - żadnych gotowych kolorów, wszystko z własnej "mieszalni". Zadziałało to co wiem od lat, że jestem zakręcona w temacie kolorów. Choć jeśli chodzi o wnętrza, to wychodzi mi chłodna skandynawska estetyka, czyli coś całkiem innego niż w kwestii włóczek, gdzie królują ciepłe jesienne barwy. Nie mam pojęcia czemu, chyba tak to czuję i już.
Jeszcze mnóstwo, naprawdę mnóstwo rzeczy czeka na to by je zrobić, dotknąć, poukładać, znaleźć dla nich miejsce i zniwelować naturalny chaos rzeczy. Ale jak powiedziała moja serdeczna przyjaciółka... początki są zawsze najtrudniejsze. Te słowa podniosły mnie na duchu i zamierzam się tego trzymać. Za każdym razem jak zrobimy kolejną rzecz, małą czy dużą, powtarzam sobie, że kolejna rzecz zrobiona, że to kolejna "cegła" w drodze do urządzenia swojego własnego domu, że każda kolejna rzecz sprawia, że żyje nam się lepiej, po prostu, że idziemy do przodu. Może inni mają lepiej, łatwiej, szybciej, ale każdy ma swoją drogę....
Tyle na dziś, potrzebowałam się "wypisać" po niemal 4 miesiącach milczenia, czasem bez dostępu do kompa czasem bez sił by w ogóle do niego usiąść. Nie odpisywałam na miale, czasem Was zaniedbywałam, ale człowiek ma tylko 2 ręce i jego doba ma tylko 24 godziny... serdecznie przepraszam, mam nadzieję, że nikt nie czuje się urażony. Mam też nadzieję, że najgorsze już za mną. Pozdrawiam
P.s. Wrzuciłabym jakieś zdjęcia ale jeszcze nie dokopałam się do kabli, które umożliwiły by mi przerzucenie zdjęć z aparatu do kompa.... ot tak to bywa, jak się życie do góry nogami wywraca
czwartek, 30 października 2014
środa, 29 października 2014
Wkrótce koniec przerwy
Jeszcze dosłownie kilka dni i będę już wprowadzona do nowej pracowni. Wprawdzie wystrój jest wciąż dość spartański, ale mam wielką nadzieję 1 listopada pofarbować pierwsze niteczki.
Dziś taki mały wpis, bo aż głupio tak długo nic nie napisać.
Do rychłego przeczytania. Pozdrawiam wszystkich serdecznie :)
Dziś taki mały wpis, bo aż głupio tak długo nic nie napisać.
Do rychłego przeczytania. Pozdrawiam wszystkich serdecznie :)
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Wakacje remontowe
Strasznie przepraszam, że tak znikłam bez wieści. Z dnia na dzień postanowiłam o przeniesieniu się na teren "budowy" w warunki iście spartańskie. Na ten czas zamknęłam sklepik, ale to jest tylko czasowy zabieg, powrót do normalnego funkcjonowania sklepiku przewiduję około połowy lipca. Od wczoraj mam komputer i internet oraz łóżko zamiast materaca na podłodze. Tak, że już jest dobrze.
Roboty posuwają się do przodu, wijemy swoje własne gniazdko.
A dziś zamiast motków i dzianin sielskie klimaty. Leciwy gęsior Krzywousty w pracy (o gęsiorze pisałam nieco więcej TU) - dostał kilka dni temu dziesięcioro gęsich dzieci pod opiekę. Chodzi wkoło gęsiąt i z iście ojcowskim zapałem się nimi opiekuje, przeganiając ewentualnych intruzów.
Roboty posuwają się do przodu, wijemy swoje własne gniazdko.
A dziś zamiast motków i dzianin sielskie klimaty. Leciwy gęsior Krzywousty w pracy (o gęsiorze pisałam nieco więcej TU) - dostał kilka dni temu dziesięcioro gęsich dzieci pod opiekę. Chodzi wkoło gęsiąt i z iście ojcowskim zapałem się nimi opiekuje, przeganiając ewentualnych intruzów.
poniedziałek, 23 czerwca 2014
O rzędach skróconych, Vampirze i włóczkożernych kotach
W poprzednim poście czyli TU wyrażałam swój niepokój co do własnych umiejętności i możliwości, to znaczy zastanawiałam się półgębkiem, czy uda mi się przebrnąć przez rzędy skrócone w Vampirze. I faktycznie, początki były nieco zamieszane, już przechodziło mi przez myśl, że nie dam rady, bo za pieruna nie umiałam zrozumieć tych obrotów drutami... Ale myślę sobie po chwili - Kobieto, skoro ludzie to wymyślili, to znaczy, że to jest OGARNIALENE. A jak już poszło, jak już zaskoczyłam, zapamiętałam i objęłam rozumkiem, to zakochałam się na zabój i nie tylko nie odpuszczę temu vampirowi, ale już się zastanawiam nad następnym, może z kilku różnych, także cieniowanych włóczek, jak to lubi robić Dorota.
W każdym razie jeśli ktoś się obawia rzędów skróconych, to niech wie, że kompletnie nie ma się czego obawiać. Justyna w Vampirze opisuje wszystko logicznie i podrzuca dobry filmik. Wprawdzie jest tam dużo pisaniny, wiele słów na raz, ale przyjmuję, że widocznie tak trzeba. Oczywiście jak już się pojmie, to wszystko jest absolutnie na swoim miejscu.
Wiem, że większość dziewiarek tu zaglądających to drutowe wyjadaczki, że robicie "cuda na kiju", a nawet na dwóch kijach ;) Ale mnie w mojej trudnawej drutowej drodze (zaczynałam milion razy na przekroju wielu lat, aż wreszcie się udało) niezmiernie cieszą kolejne pokonywane szczebelki na drutowej drabince. Tak, że umiem już robić rzędy skrócone i bardzo mi się to kręcenie drutami podoba.
A sama chusta... może nie ma jej jeszcze tak wiele (po pruciu i dodaniu drugiej nitki), ale to może i lepiej, bo tym więcej zabawy przede mną :)
W rzeczywistości kolor idzie bardziej w stronę malachitowej zieleni i turkus nie jest kolorem dominujący, ale i tak blogger trochę "wyciągnął" kolory.
Gdyby ktoś nie dostrzegł kociej łapy na pierwszym zdjęciu (dobierającej się już do nitek i żyłki), to przedstawiam koci pysk z kocimi zębiskami, chwytającymi każdy nadarzający się motek, nawet gdy pańcia patrzy... Kotka wcale nie wącha motka, ona go KRADNIE w żywe oczy. Oba koty doskonale wiedzą, że nie wolno, ale nie potrafią się oprzeć mechatym kłębkom.
Ale od czego człowiek ma pomyślunek?
Kiedyś kiedyś prezentowałam misę terakotową do włóczki - chociażby w TYM poście. Misa jest śliczna, piękna, elegancka i charakterna, szkopuł w tym, że jest niezamykana i NIEANTYKOCIA. Jest na pewno wspaniałym gadżetem dla osób bez kotów albo z kotami, które nie są "psami na włóczki", ale dla mnie niestety, posiadaczki motkolubnych potworów, misa jest narzędziem wysokiego ryzyka, bo zostawienie ma moment misy bez nadzoru owocuje rozniesieniem robótki lub motka po mieszkaniu... Wobec tego musiałam się zaopatrzyć w narzędzie bardziej zmyślne i antykocie, czyli w wiaderko na drobiazgi, zakupione w Netto, za całe 9.99 zł. Mam je już jakiś czas i służy idealnie, jest zamykane na małe zatrzaski i moja pomysłowa kotka nie jest w stanie go otworzyć, tak jak innych, jedynie przykrywanych pudełek.Chłop mój osobisty stwierdził, że to wielce sadystyczne, pokazywać kotom motki przez przezroczyste pudełko, które jest tak dobrze zamknięte, że koty nie mogą do niego dotrzeć... A ja chyba odczuwam pewien rodzaj przyjemności, po tym wszystkim co z sierściuchami i robótkami przeszłam. A dobrze Wam tak...
W tle jeden z notorycznych złodziei, czyli Marcel. Choć tak naprawdę, to nie on jest tu prowodyrem. To kocica jest maniakalną złodziejką włóczek. Marcelek ma raczej podejście - skoro jest zabawa, to się pobawię, co będę stał z boku jak jakieś ciele. To Masza otwiera pudła, włamuje się do szaf i szuflad w poszukiwaniu motków i robótek.
Czy u Was jest tak samo? A może macie koty nie reagujące na kolorowe motki i nitki?
Bo, że większość dziewiarek i włóczkoholiczek ma koty, to już zostało dawno udowodnione ;)))
Pozdrówka serdeczne :)
W każdym razie jeśli ktoś się obawia rzędów skróconych, to niech wie, że kompletnie nie ma się czego obawiać. Justyna w Vampirze opisuje wszystko logicznie i podrzuca dobry filmik. Wprawdzie jest tam dużo pisaniny, wiele słów na raz, ale przyjmuję, że widocznie tak trzeba. Oczywiście jak już się pojmie, to wszystko jest absolutnie na swoim miejscu.
Wiem, że większość dziewiarek tu zaglądających to drutowe wyjadaczki, że robicie "cuda na kiju", a nawet na dwóch kijach ;) Ale mnie w mojej trudnawej drutowej drodze (zaczynałam milion razy na przekroju wielu lat, aż wreszcie się udało) niezmiernie cieszą kolejne pokonywane szczebelki na drutowej drabince. Tak, że umiem już robić rzędy skrócone i bardzo mi się to kręcenie drutami podoba.
A sama chusta... może nie ma jej jeszcze tak wiele (po pruciu i dodaniu drugiej nitki), ale to może i lepiej, bo tym więcej zabawy przede mną :)
W rzeczywistości kolor idzie bardziej w stronę malachitowej zieleni i turkus nie jest kolorem dominujący, ale i tak blogger trochę "wyciągnął" kolory.
Gdyby ktoś nie dostrzegł kociej łapy na pierwszym zdjęciu (dobierającej się już do nitek i żyłki), to przedstawiam koci pysk z kocimi zębiskami, chwytającymi każdy nadarzający się motek, nawet gdy pańcia patrzy... Kotka wcale nie wącha motka, ona go KRADNIE w żywe oczy. Oba koty doskonale wiedzą, że nie wolno, ale nie potrafią się oprzeć mechatym kłębkom.
Ale od czego człowiek ma pomyślunek?
Kiedyś kiedyś prezentowałam misę terakotową do włóczki - chociażby w TYM poście. Misa jest śliczna, piękna, elegancka i charakterna, szkopuł w tym, że jest niezamykana i NIEANTYKOCIA. Jest na pewno wspaniałym gadżetem dla osób bez kotów albo z kotami, które nie są "psami na włóczki", ale dla mnie niestety, posiadaczki motkolubnych potworów, misa jest narzędziem wysokiego ryzyka, bo zostawienie ma moment misy bez nadzoru owocuje rozniesieniem robótki lub motka po mieszkaniu... Wobec tego musiałam się zaopatrzyć w narzędzie bardziej zmyślne i antykocie, czyli w wiaderko na drobiazgi, zakupione w Netto, za całe 9.99 zł. Mam je już jakiś czas i służy idealnie, jest zamykane na małe zatrzaski i moja pomysłowa kotka nie jest w stanie go otworzyć, tak jak innych, jedynie przykrywanych pudełek.Chłop mój osobisty stwierdził, że to wielce sadystyczne, pokazywać kotom motki przez przezroczyste pudełko, które jest tak dobrze zamknięte, że koty nie mogą do niego dotrzeć... A ja chyba odczuwam pewien rodzaj przyjemności, po tym wszystkim co z sierściuchami i robótkami przeszłam. A dobrze Wam tak...
W tle jeden z notorycznych złodziei, czyli Marcel. Choć tak naprawdę, to nie on jest tu prowodyrem. To kocica jest maniakalną złodziejką włóczek. Marcelek ma raczej podejście - skoro jest zabawa, to się pobawię, co będę stał z boku jak jakieś ciele. To Masza otwiera pudła, włamuje się do szaf i szuflad w poszukiwaniu motków i robótek.
Czy u Was jest tak samo? A może macie koty nie reagujące na kolorowe motki i nitki?
Bo, że większość dziewiarek i włóczkoholiczek ma koty, to już zostało dawno udowodnione ;)))
Pozdrówka serdeczne :)
piątek, 20 czerwca 2014
Chusta Freesia
Oto moje nowe dzieło udziergane przy okazji oglądania na necie "Cudownych lat" - taki powrót do przeszłości sobie zrobiłam
Wzór tej chusty oczarował mnie maksymalnie, nawet sciągnęłam sobie fotkę i zapisałam wśród inspiracji, ale nie zapisałam wzoru (byłam pewna że zapisałam) i gdy przyszło co do czego, okazało się, że wzór trzeba poszukać od nowa. Ale udało się go znaleźć TUTAJ
Jak widać na zdjęciach chusta jest nieco asymetryczna, dziergana w dziwaczny sposób, ni to od czubka, ni od boku, pierwszy raz się z taką metodą spotkałam, ale coś czuję, że nie ostatni, bo strona projektantki pełna jest niesztampowych, prostych i fajnych wzorów chust.
Wzór jest kretyńsko prosty, myślę, że małpa, po drutowym przeszkoleniu, też by sobie z nim poradziła - czyli coś w sam raz dla mnie :DDD bo ja kocham wzory bezmyślne, gdzie się leci, przerabia i nie trzeba się prawie wcale zastanawiać, za to można się skupić na filmie czy rozmowie. Cały wzór zajmuje pół strony A4. Ale pomimo swojej prostoty, a może właśnie ze względu na nią, wzór baardzo mi się spodobał.
Chustę zrobiłam nieco większą niż we wzorze (bez problemu można tu manipulować wielkością), zeszło mi na nią jakieś 350 gram włóczki Ecco Zitrona (220m/100g) własnoręcznie ufarbowanej na kolor złotej ochry z niewielkim dodatkiem brązu, pomarańczu oraz żółci. Druty 4,5 mm.
Po zakończeniu chusty i jej wypraniu, okazało się, że nie mam jej gdzie zblokować. Chusta jest bardzo duża - rozpiętość "ramion" to prawie 300cm - i nie mam takiego łóżka, a tym bardziej styropianu, na którym mogłabym ją rozłożyć i przyszpilić. Z braku laku "blokowanie" odbyło się tak:
Nawet nie najgorzej to wyszło, pominąwszy deszcz jaki w międzyczasie lunął i zmoczył prawie suchą dzianinę.
Dzięki podpowiedziom Moniusi udało mi się zrobić taki ładny łańcuszkowy brzeg
Wzór tej chusty oczarował mnie maksymalnie, nawet sciągnęłam sobie fotkę i zapisałam wśród inspiracji, ale nie zapisałam wzoru (byłam pewna że zapisałam) i gdy przyszło co do czego, okazało się, że wzór trzeba poszukać od nowa. Ale udało się go znaleźć TUTAJ
Jak widać na zdjęciach chusta jest nieco asymetryczna, dziergana w dziwaczny sposób, ni to od czubka, ni od boku, pierwszy raz się z taką metodą spotkałam, ale coś czuję, że nie ostatni, bo strona projektantki pełna jest niesztampowych, prostych i fajnych wzorów chust.
Wzór jest kretyńsko prosty, myślę, że małpa, po drutowym przeszkoleniu, też by sobie z nim poradziła - czyli coś w sam raz dla mnie :DDD bo ja kocham wzory bezmyślne, gdzie się leci, przerabia i nie trzeba się prawie wcale zastanawiać, za to można się skupić na filmie czy rozmowie. Cały wzór zajmuje pół strony A4. Ale pomimo swojej prostoty, a może właśnie ze względu na nią, wzór baardzo mi się spodobał.
Chustę zrobiłam nieco większą niż we wzorze (bez problemu można tu manipulować wielkością), zeszło mi na nią jakieś 350 gram włóczki Ecco Zitrona (220m/100g) własnoręcznie ufarbowanej na kolor złotej ochry z niewielkim dodatkiem brązu, pomarańczu oraz żółci. Druty 4,5 mm.
Po zakończeniu chusty i jej wypraniu, okazało się, że nie mam jej gdzie zblokować. Chusta jest bardzo duża - rozpiętość "ramion" to prawie 300cm - i nie mam takiego łóżka, a tym bardziej styropianu, na którym mogłabym ją rozłożyć i przyszpilić. Z braku laku "blokowanie" odbyło się tak:
Nawet nie najgorzej to wyszło, pominąwszy deszcz jaki w międzyczasie lunął i zmoczył prawie suchą dzianinę.
Dzięki podpowiedziom Moniusi udało mi się zrobić taki ładny łańcuszkowy brzeg
Teraz chyba pora na Vampira (jeśli przebrnę przez rzędy skrócone), mam już nawet ufarbowaną włóczkę.
A na koniec Marcel na tarasie. Taki to pożyje!!!
czwartek, 19 czerwca 2014
Nowości w sklepiku
Wreszcie i nareszcie... od rana siedzę i wrzucam wełenki do sklepiku a Dawanda w ogóle nie współpracuje. Ale udało się i mam nadzieję, że nie będzie żadnych zonków z wyświetlaniem się zdjęć.
W każdym razie w sklepiku jest już 13 nowych włóczek, a w tym 5 całkiem nowych i pięknych farbowanek na bazie włókiem dziecięcia alpaki oraz morwowego jedwabiu. Włókno cudne! Mam tę włóczkę od jakiegoś czasu, ale jakoś tak chodziłam koło niej, jak ten lisek koło drogi, w obawie, że coś spierniczę. Aż wreszcie się przemogłam i okazało się, że ta włóczka to marzenie farbiarki. Mogłabym już w życiu nie farbować nic poza tą przędzą. Oby w roli dzianiny sprawdzała się równie dobrze.
Kolory wyszły mi bardziej spokojne, zrównoważone, mniej szalone. Może się Wam spodobają.
Tak więc zapraszam do sklepiku LINK , tam znajdziecie wszystkie dane o składzie i metrażu.
W każdym razie w sklepiku jest już 13 nowych włóczek, a w tym 5 całkiem nowych i pięknych farbowanek na bazie włókiem dziecięcia alpaki oraz morwowego jedwabiu. Włókno cudne! Mam tę włóczkę od jakiegoś czasu, ale jakoś tak chodziłam koło niej, jak ten lisek koło drogi, w obawie, że coś spierniczę. Aż wreszcie się przemogłam i okazało się, że ta włóczka to marzenie farbiarki. Mogłabym już w życiu nie farbować nic poza tą przędzą. Oby w roli dzianiny sprawdzała się równie dobrze.
Kolory wyszły mi bardziej spokojne, zrównoważone, mniej szalone. Może się Wam spodobają.
Tak więc zapraszam do sklepiku LINK , tam znajdziecie wszystkie dane o składzie i metrażu.
wtorek, 17 czerwca 2014
Wygrałam szal :)
Kilka, a może to już kilkanaście dni temu, w pewnej fajnej rozdawajce na blogu Wełniany ciuszek udało mi się jakimś cudem nie z tej ziemi, wygrać ten oto piękny i misterny szal
I nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że to jest precedens na miarę międzynarodową ;) Ja coś wygrałam!!! I to nie byle jakie coś. Na razie oglądam i podziwiam, może kiedyś się odważę ponocić ;) Razem z szalem otrzymałam książkę o robótkach szydełkowych, która na pewno przyda się podczas aranżacji nowego mieszkanka.
Oprócz tego, że szal jest delikatny, piękny i idealnie udziergany, ma jeszcze wplecione koraliki (mam nadzieję, że je widać na zdjęciu).
Agnieszko, bardzo, bardzo Ci dziękuję i przepraszam, że dopiero teraz o tym piszę... Szal jest cudowny :)
A co u mnie... ano jedną nogą jestem na wsi, drugą wciąż w mieście... w międzyczasie farbuję, suszę i dziergam (kończę właśnie kolejną chustę), maluję ściany, aranżuję wnętrza -przysparzając roboty Chłopu - i szykuję się do ostatecznej przeprowadzki. Ale o tym wszystkim następnym razem. Dziś tylko mały zwiastun.
I nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że to jest precedens na miarę międzynarodową ;) Ja coś wygrałam!!! I to nie byle jakie coś. Na razie oglądam i podziwiam, może kiedyś się odważę ponocić ;) Razem z szalem otrzymałam książkę o robótkach szydełkowych, która na pewno przyda się podczas aranżacji nowego mieszkanka.
Oprócz tego, że szal jest delikatny, piękny i idealnie udziergany, ma jeszcze wplecione koraliki (mam nadzieję, że je widać na zdjęciu).
Agnieszko, bardzo, bardzo Ci dziękuję i przepraszam, że dopiero teraz o tym piszę... Szal jest cudowny :)
A co u mnie... ano jedną nogą jestem na wsi, drugą wciąż w mieście... w międzyczasie farbuję, suszę i dziergam (kończę właśnie kolejną chustę), maluję ściany, aranżuję wnętrza -przysparzając roboty Chłopu - i szykuję się do ostatecznej przeprowadzki. Ale o tym wszystkim następnym razem. Dziś tylko mały zwiastun.
| W promieniach porannego słońca |
Subskrybuj:
Posty (Atom)





